poniedziałek, wrzesień 25, 2017

Autor: Ferenc Molnár
Tłumaczenie: Akos Engelmayer
Artykuł ukazał się w Almanachu Ziemi Limanowskiej, numer 18, 2004

 

Tymbark, grudzień 1914

Jedziemy na front limanowski, może jeszcze zdążymy dojechać przed szturmem, chociaż jest to coraz mniej prawdopodobne. Nasz pociąg, składający się głównie z wagonów towarowych, porusza się bardzo powoli, przystaje co krok, czeka całymi godzinami. W Tymbarku zatrzymujemy się za stacją, pośród nocy czarnej jak smoła. Stacja jest zupełnie ciemna i opuszczona. Na dworze silny mróz. W dolinie biwakują tabory, żołnierze siedzą wokół ogromnych ognisk. Widać krąg czerwono oświetlonych twarzy, a za nimi w blasku ognia, kontury wozów. Wyglądają jakby płonęły.

Nieopodal amunicja: całe sterty nowych, pomalowanych na biało, niewielkich skrzynek. W świetle lampy acetylenowej widać wartownika, na jego wąsach osiadł szron. Po wzgórzach, jak okiem sięgnąć, ogniska. To nasi żołnierze. Sygnalizacja z jednej strony na drugą: punkty świetlne poruszają się miarowo w górę i w dół, na drugim wzgórzu to samo.

Jedzie z nami brudny, milczący konduktor, dotąd jeszcze nie odezwał się do nikogo. Wszyscy czujemy do niego niechęć, bo twarz ma złą, nie odpowiada na pytania. Jest jednym z tych tajemniczych, przykrych nieznajomych, którzy nagle pojawiają się w życiu człowieka pośród takich dziwnych nocy i pozostają w pamięci bez wyraźnego powodu, może tylko ze względu na ponury wygląd.

Stoimy długo. Nagle wjeżdża pociąg wojskowy. Zatrzymuje się na sąsiednim torze - tak blisko, że można, świecąc latarką, zajrzeć przez okna do wagonów. Pociąg jest pełen żołnierzy niemieckich. Teraz oni świecą. W każdym oknie zapalają się latarki - jedna, dwie, cały pociąg błyska, my także zapałamy latarki, dziesiątki małych punkcików świetlnych skaczą z ciekawością wzdłuż obu pociągów. Niemcy zachowują się cicho. Pod oknami przechodzi podoficer i ściszonym głosem oznajmia, że nie wolno wysiadać bez rozkazu. Mimo to za oknami, wzdłuż całego pociągu, przebiega szmer. Niemcy zbierają się, nakładają na siebie mnóstwo rzeczy: pobrzękują saperki, broń, menażki.

Dziwny konduktor znowu się pojawia, otworzył drzwi i stamtąd na nich patrzy. Ktoś z nas chce wysiąść, dwa razy musi zwrócić się do konduktora, zanim ten odsuwa się posępnie... Niemcy otrzymali sygnał. Wszyscy wysiadają ze swym wspaniałym sprzętem, formują kolumnę wzdłuż pociągu. Na wagonach napisy: "Von Verdun nach Warschau", „Deutsche Junges gehenn Schluss machen”. Drzwi naszego wagonu są otwarte. Pociąg wolno rusza. Mój kolega Szomory zwraca się do konduktora, żeby je zamknął, bo zimno. Pociąg już jedzie, w pewnej chwili drzwi, otwarte na zewnątrz, zahaczają o żelazny słup i z wielkim rumorem roztrzaskują się na kawałki. Trzyma się tylko dolna zawiasa, rozbita górna część zwisa bezwładnie. Niemcy odskakują, żeby nie dostać otwartymi drzwiami. Zasypiamy. Ostry, nocny wiatr hula po korytarzu,

Limanowa, grudzień 1914

Dotarliśmy...

Od czwartej nad ranem kręcimy się wśród rannych jeńców, odpoczywających huzarów i słuchamy historii bitwy limanowskiej, ale my, Węgrzy, swoimi pytaniami ciągle powracamy do nocnej szarzy huzarów Nadasdyego. W bitwie limanowskiej, która stanowiła epicentrum naszego zwycięstwa w Galicji, nocny bój huzarów Nadasdyego zasłużył na najwyższy - bolesny - podziw.

Ci chłopcy węgierscy w noc ciemną jak smoła dostali rozkaz zostawić konie we wsi, dotrzeć do okopu ciągnącego się przez stronie wzgórze aż na grzbiet i zluzować walczących tam żołnierzy. Huzarzy ze swymi oficerami na czele, posuwając się na czworakach, ostrożnie zbliżał i się do okopu. Przeciwnik miał jednak na wzgórzu przewagę, więc nim huzarzy dotarli do okopu, Moskale już go zdobyli i pośród tej czarnej nocy czekały na naszych chłopców wrogie karabiny maszynowe. Gdy rozległa się rosyjska strzelanina, oficerowie od razu zrozumieli sytuację i poprowadzili huzarów do ataku. Węgierskie młokosy z kolbami karabinów poszli na armię rosyjską wyposażoną w bagnety i karabiny maszynowe. Od północy aż do jedenastej w południe byli w ogniu, bijąc się z wrogimi bagnetami i kulomiotami.

Chodząc wśród poległych Rosjan widziałem bardzo niewiele ran od kul. Rosjanie, którzy tu zginęli na wzgórzu, padli od potwornych uderzeń kolb. Pewien porucznik huzarów rzucił się na nich z łopatą o długiej rękojeści, wciąż idąc na czele, jak zresztą wszyscy oficerowie, Na samym przedzie pułkownik Muhr... Jego prowizoryczna tablica pamiątkowa, w miejscu gdzie zginął, pokryta jest gałązkami świątecznych choinek. Zaprowadzili mnie tam dwaj prości huzarzy. A gdy byliśmy na miejscu, dosłownie błagali mnie, abym napisał do wszystkich gazet, że ich oficerowie zawsze biegli na przedzie, zawsze w pierwszej linii walki człowieka z człowiekiem, walki wręcz, tam, gdzie najgęściej kotłowali się Moskale.

Walka trwała do jedenastej w południe, kiedy na pomoc huzarom dotarły posiłki piechoty; one to zadały ostateczny cios Moskalom. Wróg uciekał z tego wzgórza, pędzony gęstym ogniem naszych. Gdy człowiek stoi na szczycie i patrzy, z układu trupów widzi kierunek ucieczki, ruch gnanych z powrotem ludzi. Na skraju lasku chowają teraz poległych. Żołnierze pospolitego ruszenia sprzątają pole bitwy. Wozy ze śmiertelnym śmieciem ciągną drogą, wijącą się w dół. Inne znów, wyładowane zdobyczą, toczą się powoli.

Słyszę śmiech: koło domu, w ogrodzie na zboczu wzgórza, huśtają się huzarzy. Są w samych koszulach, bo słońce mocno świeci. Stąd, ze szczytu, widać całe to wielkie, pagórkowate pole bitwy. Na pokrwawionym ściernisku rozciąga się spokój południa. Patrzę przez lornetkę: po drugiej stronie doliny, u podnóża sąsiedniej góry, nad samotnym grobem klęczy huzar, obok stoi drugi, modli się z opuszczoną głową. Jeszcze dalej na polu spaceruje trzech huzarów, trzymają się za ręce.

Za zboczem, wśród bezlistnych drzew, stoi chałupa, widać tylko jej czerwony dach. Stamtąd właśnie dobiega cicha, lecz nie smutna, pieśń węgierska. Śpiewają huzarzy. Opowiadają tutaj, że śpiewają oni zawsze, nawet na północy, w Polsce, w okopach drążonych w śniegu. Czasem przez całą noc.

To zwycięskie pobojowisko stanowi jakąś przejmującą mieszankę: tragiczny pejzaż, radosny spokój huśtających się huzarów, ból, wesoły śpiew, modlitwa, trupy rosyjskie patrzące w niebo, skrzypiące wozy z krwawym śmieciem, biedni powaleni na ziemię huzarzy węgierscy, którzy może nawet nie wiedzieli, że tu, na limanowskich wzgórzach, wypierając Rosjan ku północy, wywalczyli spokój zaniepokojonym miastom węgierskim.

Nad tym pejzażem istny cud Boży: tu na północy, tuż przed Bożym Narodzeniem, słońce świeci ciepło, jasno.

Sprzątanie...

Na wzgórku rzadki, maleńki zagajnik. Z jego skraju widok na limanowskie pobojowisko, niczym panorama: wznoszące się łagodnie, nasłonecznione wzgórze, małe zagrody, spokojne doliny, a dalej ośnieżone góry. I dwa kręte, pospiesznie wyryte okopy, niczym dwie olbrzymie, świeże bruzdy. Ciągną się przez żółtawe ścierniska ciemną smugą na przeciwległe wzgórze.

Szedłem tu pod górę wśród leżących zwłok. Na początku jakoś dawałem sobie radę. Do tego stopnia nie znam ludu rosyjskiego, że te zupełnie obce mi twarze z jasnymi brodami, obce mundury, obce grymasy, robiły na mnie wrażenie, że nie są to zwłoki, lecz Moskale. Od tego czasu nieraz widziałem jeńców rosyjskich: gdy się im przyglądałem, miałem wrażenie, że to trupy, tylko jeszcze stoją i chodzą. Może dlatego, że nigdy dotąd nie widziałem nieboszczyka. A teraz nagłe, od razu, leżało z  pięćdziesięciu - wszystko Moskale. I w ten sposób, być może na zawsze, będę sobie kojarzyć pojęcie nieboszczyka z rosyjskim żołnierzem.

Gdy jeszcze byłem wśród nich, wspinanie się pod górę szło mi jako tako. Lecz gdy pierwszy szaroniebieski trup popatrzył na mnie z ziemi, skończyło się oglądanie wspaniałego widowiska wojny przez pana literata. Gdyby nie wiedeński malarz batalista, pan Karol Hollitzer, który mnie podtrzymał, nie wiem co by się stało. Za chwilę trzeba było przejść między dwoma huzarami, leżącymi bardzo blisko siebie w kałuży krwi, a jeśli nie, to wracać. Tu musiałem stanąć z całą swoją literaturą i zamknąć oczy. Pan Hollitzer już przeszedł. Dobroduszny człowiek - też całkiem blady - wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłem ją i przeszedłem z zamkniętymi oczami między niemymi huzarami, jak przez wąską kładkę nad ogromną przepaścią.

Nigdy nie wierzyłem, że po bitwie zwycięska strona sprząta pobojowisko. Wyobrażałem sobie, tak jak inni, że gdy kończy się bitwa, zwycięzcy ściągają pokonanych, okolica uspokaja się, a walki przenoszą się dalej. A talk wcale nie jest.

Gdy strony walczące wycofują się z pola bitwy, inne oddziały zwycięskiej armii z największą starannością sprzątają plac boju, niczym salę biesiadną nazajutrz po wielkiej uroczystości. Znalazłem się w środku takiego właśnie sprzątania. Obok mnie, wśród kolumn wozów chłopskich, szwendają się żołnierze z pospolitego ruszenia. Dyryguje nimi oficer. Dalej po lasem odbywa się grzebanie poległych i stawianie krzyży. Tu, po naszej stronie, na skraju lasu stoją sterty staranie poukładanych odpadków bitwy.

Z dołu, posapując, wdrapuje się na górę Austriak z pospolitego ruszenia, obwieszony różnymi rzeczami. Idzie wzdłuż tych stert i wszędzie rzuca coś, co należy do danej sterty. Wynotowałem te rzeczy po kolei, jak leżały. Oddzielnie broń rosyjska, oddzielnie nasza, rosyjskie skrzynki po amunicji, w oddzielnej stercie każdy kawałek zaginionego pasa i wyroby ze skóry, oddzielnie wysoka góra rosyjskich menażek, sterta rosyjskich chlebaków i znów oddzielnie góra amunicji zwykłej, a obok góra taśm z nabojami do karabinów maszynowych. Góra z samych ładownic, a druga z samych puszek po konserwach. Rosjanie wszędzie rabują pościel, bo robią z niej legowiska W okopach. Była też sterta jasnokwiecistych, ordynarnych koców flanelowych. Zbierają je po zboczu żołnierze rosyjscy z pospolitego ruszenia. Sterta szmat: chusty, materiały opatrunkowe, szaliki, onuce. Sterta karabinów huzarskich, którym brak kolb, W oddzielnej kupie leżą tysiące wyciorów karabinowych. Potem góra krzywych noży rosyjskich, obok pochwy od naszych bagnetów. Cała góra opasek z dziwnymi rosyjskimi napisami. Sterta krótkich łopatek rosyjskich, złożonych porządne W czworoboki, kwadratowe płachty brezentowe, dokładnie złożone. Oddzielnie gatunkowo lepsze sztućce oficerskie. Olbrzymia sterta bębnów z drutem kolczastym. Setki rosyjskich bagnetów o czterech ostrzach, kończących się rylcami. Sterta rosyjskich noży saperskich z zębatym ostrzem. Wielka kupa grubych, brązowych koców. Duża sterta czapek rosyjskich, czapki huzarskie. Na końcu mniejsza sterta: czapki zimowe i baszłyki, obok góra zapisanych papierów. Na polu bitwy zbiera się nawet papiery.

Listy...

Czytalem, zachowując spokój, w korespondencjach wojennych o listach, znalezionych na polach bitew. W gazetach ukazywały się ich fragmenty. Zawsze myślałem, że jest to denerwujące, sentymentalne kłamstwo; teraz dowiedziałem się wszystkiego. Kieszenie poległych są urzędowo przeszukiwane; przedmioty wartościowe, pieniądze przekazuje się rodzinom. Naturalnie z przeszukiwanych kieszeni wypadają listy. Każdy je nosi. Człowiek depcze po listach. Trzydziestu nie przeczytałem, do trzydziestego pierwszego muszę zerknąć, bo wisi między gałęziami na krzaku, tekstem zwrócony do mnie. Przede mną idzie kapitan Maikich, on go podniósł, nie miał serca rzucić z powrotem na ziemię, delikatnie położył na krzaku:

"Uważaj na nogi, trzymaj je w cieple, wiesz, że zawsze miałeś kłopoty z nogą. Ewentualnie pokaż doktorowi”. Pan redaktor Waldman z Galicji tłumaczy mi list rosyjski: "… myślimy o Tobie w naszym dalekim, białym świecie ... całujemy Twój różowy policzek, twoje słodkie usta - kochający dziadkowie, ojciec i matka". Pan Waldman chowa list do portfela. Spojrzenie na drugi list. Widzę tylko jedno słowo: "Jászapati". Zwycięski oddział, który tutaj walczył, składał się z huzarów jász-kun.

Dolna część pola bitwy, od doliny do połowy zbocza jest już posprzątana. Tam już nie ma śladów walk, tylko dwie polskie chłopki z koszykami pochylają się, szperają, wygrzebują spomiędzy grudek ziemi pozostawione łuski, rosyjskie czapki, podkowy, klamry, kawałki pasów. Tam, skąd one odchodzą, już naprawdę nic nie leży na ziemi.

Jedynie w ziemi.

Schodzę w dół ze szczytu wzgórza, towarzyszy mi huzar. Na jego plecach piszę list do mego przyjaciela, rotmistrza Zoltana Thomki; jest tu gdzieś w dolinie, w jednym z folwarków, ale my z naszym pułkiem jedziemy w innym kierunku. Huzar podczas pisania wyciąga rękę i pokazuje wykopany naprędce, ciągnący się przed nami okop. Wyjaśnia:

- Za tym można się chować, wtedy kula człowieka nie dosięgnie.

Huzar Nádasdyego. Jeden z tych, którzy właśnie w takim okopie prowadzili ów wspaniały, krwawy, zwycięski, nocny bój. W sierpniu wyruszył konno z domu, dotychczas nie walczył na piechotę, dla niego to była nowość.

- Wiem, synku - mówię.

Na to on: - Proszę zanotować, że to jest bardzo sprytna rzecz.

Z lubością patrzy na wał ochronny na skraju okopu. Przerywam pisanie. Rosły, wysmukły młodzieniec węgierski, stworzony do jazdy konnej, nawet głowę trzyma tak, jak człowiek patrzący na zwykłych śmiertelników z wysokości dwóch metrów. Przypomina zubożałego magnata, który stwierdza ze zdumieniem, że i z pracy można żyć. Przed chwilą chciałem go zapytać, gdzie stoją konie, ale teraz już mu tego nie przypominam.

- Każdy huzar dostał łopatę - mówi całkiem cicho.

Pies...

Wokół schronów jeszcze wiele trupów. Natomiast daleko za nimi samotnie na plecach leży młody piechur w szaroniebieskim szynelu, bez czapki, z długimi włosami. Wokół pełno krwi. Dostał w usta, potwornie uderzony kolbą, że zęby rozerwały twarz, jakby ją rozcięły. Podoficer. Z kieszeni wystaje mu czerwony wojskowy notes. Pięćdziesiąt kroków dalej mała chałupa, przed nią niski, polski chłop reperuje ogrodzenie. Zza chałupy wychodzi pies, przypominający bernardyna. Biegnie prosto do nieboszczyka, obwąchuje twarz zalaną krwią. Mój kolega Herczeg podbiega z kijem i odgania psa. Pies jeszcze raz próbuje zbliżyć się do trupa. Herczeg wywija kijem. Wreszcie pies zbiega ze wzgórza i znika. Herczeg zirytowany, wstrząśnięty, wraca do mnie.

- To było straszne, ten pies był straszny...

Stoimy i patrzymy z daleka w niemym wzburzeniu, pełni niewypowiedzianych myśli, na samotnego nieboszczyka. Nagle zza chałupy wychodzi korespondent wojenny. Staje przy trupie, wpatruje się w niego, pochyla się. Wyjmuje z kieszeni czerwony notes i zaczyna wertować. Herczeg i ja wymieniamy na temat tego korespondenta cichą uwagę, która jest komplementem dla psa, przypominającego bernardyna, po czym nie odwracając się, biegniemy dalej.

Węgierskie maiki

Część pola bitewnego, to strome zbocze, opadające ku stacji kolejowej. Tutaj nie ma rowów strzeleckich, tylko stanowiska pojedynczych strzelców; podobne są do na wpół wykopanych grobów, jeden obok drugiego, stoi w nich woda po wczorajszym deszczu. To tylko "Flankensicherung". Dalej w dolinie porzucone, ubogie chałupy, jedna daleko od drugiej, do każdej przylega nędzny, rzadki sad. Przed chałupami stare drzewa. Teraz w tych nędznych chałupach mieszkają huzarzy jåsz-kun razem z końmi, choć gdzieniegdzie widziałem i miejscowych, także kobiety. Wokół domów, w sadach widać wielkie leje po rosyjskich granatach. Drzewa są szokująco poubierane: większość poobwieszana kolorowymi przedmiotami, jak drzewa - maiki u nas, gdzie przybrane wstążkami, barwnymi chustami, papierem - kwitną przed domami wiejskimi w dniu pierwszego maja, Ta węgierska część wzgórz limanowskich jest pełna drzew - maików. Młodzi ludzie z Jaszsag przenieśli tu węgierskie umiłowanie barwności, wschodni kult mieszaniny kolorów, przebogatych ozdób; może nawet nie zauważają, że teraz w grudniowym słońcu kwitną drzewa - maiki. Na gałęziach wisi uprząż, błyszczące menażki, kolorowe chustki, które kilka miesięcy temu powiewały przy każdym siodle, niebieski dolman z czerwonym szamerunkiem, uprana bielizna, żółta torba, biała koszula, manierka, karabin, szabla huzarska wśród szmat – pełne jest ich drzewo. Wszystko, co tylko huzar posiada wisi na drzewie. Ile drzew, tylu huzarów. Dalej cały sad z takich drzew – wojennych maików. Tam suszy się nawet oficerska atilla ze złotym szamerunkiem. Błyszczące, kolorowe, barwnie obwieszone maiki węgierskie tu, na dalekiej obczyźnie po najkrwawszej węgierskiej bitwie.,

Ze wzgórza, gdzie toczyła się bitwa, o trzeciej dotarliśmy do stacji, na której stoi nasz pociąg. Dano nam z kuchni polowej obiad w menażkach. Całe towarzystwo oficerskie i dziennikarskie rozsiadło się na stopniach wagonów wzdłuż całego pociągu w cudownym ciepłym słońcu. Ja też usiadłem ze swoją menażką na stopniu wagonu, Założyłem nogę na nogę - i nagłe spostrzegłem plamę krwi na czubku buta, Tak się pilnowałem tam, na górze, gdzie musieliśmy chodzić wśród trupów, a jednak...

Jedna z najgorszych chwil w moim trzydziestosześcioletnim życiu. Robota, którą teraz wykonuję, wydała mi się czymś potwornym, czuję, że jestem gorszy od psa, którego odganiano tam, na górze. Ciemna krew, zapewne krew tego huzara, obok którego przechodziłem z zamkniętymi oczyma. Dokoła mnie ludzie jedzą z apetytem. Odstawiam jedzenie i idę się przejść. Nie wiem, co robić. Nie chcę, aby ktoś zauważył, co się ze mną dzieje. Dochodzę do lokomotywy i widzę, że jakiś oficer myje ręce pod kranem, a maszynista puszcza mu ostrożnie ciepłą wodę. Poczekałem aż odszedł, a potem długo trzymałem nogę pod kranem; poprosiłem o cieplejszą wodę, aż zaczęła mnie parzyć, potrzymałem i drugiego buta, żeby maszynista pomyślał, iż zmywam błoto. Przypomniała mi się książka, tom nowel pod tytułem "Huzarenblut". Miała kolorową okładkę, a na niej dama w kimono, z wachlarzem, siedząca na otomanie, a przed nią oficer huzarów nalewał szampana. Z wagonu za lokomotywą gapi się na mnie koński łeb. To koń pułkownika Muhra, ordynans zabiera go do Sopron; pułkownik poległ na wzgórzu, trafiony serią z karabinu maszynowego. Przed wagonem fotograf fotografuje dwa konie i ordynansa stojącego między nimi. Jeśli chcę uprawiać ten zawód, muszę się jeszcze przyzwyczaić do wielu rzeczy.

 

Nowy Sącz, czerwiec 1915

Godzina odpoczynku. Nie mogę zapomnieć o Limanowej. Rodzina Pułkownika Muhra otrzymała szlachectwo węgierskie z przydomkiem "Limanowski". Niegdyś szlachectwo nadawano wraz z majątkiem. Dlaczego więc nie przekażą im maleńkiego kawałka brzeziny z okopem, z którego rosyjski karabin maszynowy namalował kolię z czerwonych pereł na piersi pułkownika? Niech przekażą im tylko ten skrawek ziemi.... Niech dadzą rodzinom poległych mały skrawek okopu, tam gdzie zginęli, żeby zamienili go na ogród pełen kwiatów – albo niech pozostanie tak jak było. Małe, kilkumetrowe majątki szlacheckie! A może niepotrzebną udręką jest buntowanie się myślą przeciwko zatarciu, rozmyciu, malowniczemu łączeniu tych wszystkich tragedii w jedno upiększone cierpienie całego narodu? A może nie ma sensu to moje niezłomne utrwalanie pojedynczych losów?

 

Korespondencje Ferenca Molnára pochodzą z książki tegoż autora “Egy haditudósító emlékei” (“Pamiątki korespondenta wojennego”), Pallas Studio, Budapeszt 2000, wyd. II. Fragmenty dotyczące bitwy pod Limanową publikowane są po raz pierwszy w języku polskim.

 

 Artykuł ukazał się w Almanachu Ziemi Limanowskiej, numer 18, 2004