sobota, listopad 18, 2017

Wspomnienia limanowskie  z lat od r. 1858 do r. 1874

tekst pochodzi z wydawnictwa Wspomnienia limanowskie i starosądeckie, Jan Sitowski, Mordarka 1916, wydane nakładem autora.

Rodzice moi, ś. p. Karol[1] i Marya[2] z Najdrów sprowa­dzili się do Limanowej na stały pobyt w r. 1858 i zamieszkali chwilowo w małym, nizkim domku Maryi Krakowskiej[3], znaj­dującym się w ulicy Kolejowej; domek ten stał w miejscu, gdzie obecnie jest kamienica Arona Batnera. Następnie przeprowadzili się rodzice do domu Józefa Mola, zwanego „Józulkiem", ze Sarczyna, obecnej własności Abhe Tenzera w ulicy Kolejowej.

Dnia 2. sierpnia 1867 kupiła matka domek z ogródkiem stojący w tej samej ulicy pod Nr. 91, od Szymona Hellera, ten nabył go w r. 1864 od Franciszka Graffnera. Ponieważ domek był stary i groził upadkiem, przeto rozebrano go, a na jego miejscu wystawiono nowy dom drewniany; budował go Walenty Leśniak, cieśla ze Sowlin, zwany „Ziemniakiem". W tym domu pomarli moi rodzice: matka 28 lutego 1885, a ojciec 7 paździer­nika 1887. Z uwagi, że w tym domu spędziłem najprzyjemniej­sze, a także i najboleśniejsze chwile mojego życia, nie chciałem się z nim rozstać, lecz zatrzymać go jako drogą pamiątkę po moich rodzicach. Nie mieszkając w Limanowej, byłem zmuszony dom puszczać w najem różnym osobom.

Ponieważ niektórzy lokatorowie nie tylko, nie płacili czyn­szu ale nadto dom niszczyli tak dalece, że prawie co rok wypa­dało stawiać nowe piece, malować pokoje, pokostować a nastę­pnie malować okna itp. a przy tem byłem narażony ustawicznie na kłopoty i nieprzyjemności z najemcami, przeto nie pozostało mi nic innego jak z bólem serca dom sprzedać, — co też w r. 1903. uczyniłem.

Na podstawie mego doświadczenia przekonałem się, że urzędnik wtedy może sobie postawić lub kupić dorn, gdy już jest na pensyi i to li dla swojego własnego użytku.

W owe czasy był proboszczem i dziekanem w Limanowej śp. ks. kanonik Jan Warpecha, którego życiorys znajduje się w moich wspomnieniach z Sądecczyzny. Tu muszę nadmienić, że na pogrzeb śp. ks. Warpechy[4], który był wszystkiem dla wszystkich, zjechało się z różnych stron samych księży świeckich i zakonnych 72. Wikarym był ks. Jakób Jordan Rozwadowski, brat Eugeniusza kupca w Limanowej.

W roku 1858 istniał w Limanowej urząd powiatowy (Bezirksamt). Przełożonym był Wicherek, a po nim Babor. Baborowie mieli trzy córki, najstarsza Matylda była naj­ładniejsza; matka często odzywała się do niej słowy: „Matilde sei stolz, denn du bist die schonste".

Los zrządził, że obie młodsze córki wyszły nie źle zamąż, najstarsza zaś została starą, panną. Po Baborze nastał Szcze­pański[5]. Był to zdolny prawnik; z jego urzędowania byli wszy­scy zadowoleni. W tym czasie odbywały w Limanowej sławne bale, na które szlachta nawet z odległych stron tłumnie się zjeż­dżała; w kasynie limanowskiem były i przedstawienia amatorskie częste, a po nich wesołe hulanki z pląsami (zob. moje Wspo­mnienia z Sądecczyzny). W każdym balu uczestniczył Odrowąż — Pieniążek, szlachcic co się zowie, z Limanowszczyzny. Ponieważ Pieniążek prześlicznie tańczył mazura, przeto zebrani w sali ba­lowej obywatele prosili go, — by zechciał solo zatańczyć ma­zura. Prośbę Pieniążek spełnił, ubrany we wspaniały kontusz; wybrał sobie z grona pań w sali zgromadzonych, panią N. słynną z nadzwyczajnej urody i elegancyi blondynkę z wielkiemi marzącemi oczyma, podobnemi do błękitnych agatów, wysmukłą, ślicznie rozwiniętą i będącą jeszcze w epoce zalotności, tej naj­silniejszej broni niewieściej.

Gdy wybrana stanęła do tańca i podała drobną rączkę Pie­niążkowi, w żyłach Odrowąża zagrała krew sarmacka. Z chwilą rozpoczęcia tańca zapanowała w sali balowej cisza, słychać było tylko porywującego mazura, rzniętego od ucha na skrzypkach i basach przez orkiestrę, Kierszonka i towarzyszy z Nowego Sącza. Wszystkich oczy były zwrócone na tańczącą dorodną parę. Tak tańczyć mazura potrafił tylko Odrowąż — Pieniążek.

Były chwile, kiedy się zdawało, że Pieniążka, w którym kipiał nadmiar życia, krew zaleje.[6] Po ostatnim hołubcu zerwała się w sali balowej szalona burza oklasków, którym końca znaleść nie umiano. Wszyscy spieszyli do Pieniążka, by mu uści­snąć gorąco prawicę i podziękować za tak wspaniałe widowisko.

Po Szczepańskim nastał Walenty Jaworski (r. 1865). W tym czasie był samoistnym adjunktem powiatowym Leichamscheider, mężczyzna przystojny, nosił bokobrody, wielki domator i lubownik kwiatów, zdolny prawnik. Po oddzieleniu administracyi od sądownictwa, zamianowano Jaworskiego starostą Melzera zaś sędzią powiatowym w Limanowej. Pozwolę sobie tutaj przyto­czyć jeden z dekretów, jakie niektórzy urzędnicy z powodu oddzielenia administracyi od sądownictwa otrzymali. „Unter Anerkennung Ihres ehrenhaften Charakters und musterhaften Diensteifers, werden Sie in den zeitlichen Ruhestand versetzt".

Melzer, nizkiego wzrostu, szczupły, uczciwy, prawy czło­wiek, prawnik o niezwykłych zdolnościach, sam załatwiał naj­trudniejsze i najzawilsze procesy a zwłaszcza gruntowe; wy­dane przez niego wyroki Sąd najwyższy zatwierdzał. Był Cze­chem, mówił źle po polsku, ale pisał pięknie i bez błędów. — Zostawił po sobie pamięć sumiennego i gorliwego pracownika.

Po Melzerze przybył na stanowisko Sędziego powiatowego Dr. Otto Koppel, średniego wzrostu, typ męskiej piękności, nosił ładną brodę i ubierał się podług ostatniej mody; prawnik zdolny; z podwładnymi urzędnikami obchodził się z wielkim taktem i z życzliwością. Służyłem pod Dr. Kopplem w charakterze auskultanta sądowego dwa lata, a to razem z adjunktami sądo­wymi: Rudolfem Jaroszem i Karolem Górą. Te dwa lata służby były dla mnie najprzyjemniejsze — nigdy i nigdzie nie było mi tak dobrze.

Jaworski był słusznego wzrostu, silnie zbudowany, twarz miał pełną, uśmiechniętą, wesołą, wąs rudawy, brodę starannie wygoloną.

Jaworski był zdolnym i rutynowanym urzędnikiem admini­stracyjnym. Obowiązki urzędowe pełnił sumiennie i gorliwie; ułatwiał każdemu szybkie załatwienie sprawy; zawsze i wszędzie okazywał dobrą wolę i chęć przychylnego stosowania istniejących ustaw administracyjnych. Był to człowiek dzielny i na właściwem miejscu. Obchodził się ze stronami bardzo grzecznie i mile. Gdy ktoś z inteligencyi znajomy czy nie znajomy zjawił w jego biurze, zaraz prosił siedzieć i pytał, czem może mu służyć? Uważał się bowiem za pierwszego sługę w powiecie dla obywa­telstwa. Jeżeli jaka strona przez pomyłkę przyszła do jego biura, to jej udzielił objaśnienia, do której kancelaryi ma się udać, lub polecił woźnemu, albo pisarzowi stronę zaprowadzić tam, gdzie miała sprawę do załatwienia. To tez i podwładni urzędnicy idąc w ślady swego przełożonego, obchodzili się grze­cznie kultralnie, ze stronami, starali się być im pomocnymi. Jeżeli ktoś z kół inteligentnych przyszedł do ich biura, to pro­sili siedzieć i pytali się o życzenie. — Podwładni nie mieli dosyć słów pochwały dla swego szefa, który był dla nich wyrozumiały, sprawiedliwy i żadnemu krzywdy nie wyrządził.

Przez długoletnie urzędowanie zjednał sobie Jaworski cześć, szacunek i popularność mieszkańców powiatu limanowskiego.

Jaworski urodził się w r. 1818 a umarł 19 sierpnia 1899. Cześć i sława Jego zacnej pamięci!

Na tem miejscu muszę jeszcze zauważyć, że sekretarzem Starostwa limanowskiego był Macharski, przybył razem z Ma­chnickim ze Skrzydlny, gdy tamtejszy urząd powiatowy zniesiono. Macharski był to człowiek uczciwy, prawy, uczynny i bardzo pracowity — był prawą ręką Jaworskiego.