wtorek, lipiec 17, 2018

Jako zamiłowany w rybołówstwie i myśliwstwie, łowiłem ryby z Józefem Zielińskim na saki w rzecze sowlińskiej, czasem w Łososinie i Tymbarku; W czasie wakacyj polowałem na Lipowem w Sowlinach i Starej wsi na kuropatwy, przepiórki i chru­ściele z małym czarnym pieskiem Alegrusiem, który umiał wy­szukiwać ptaki; w zimie zaś polowałem na zające z tatą, wujem Karolem Najdrem i Karolem Żuławskim, najczęściej zaś z Janem Jedlińskim, który miał bardzo dobrą suczynę „Mrówkę" i z Woj­ciechem Piątkowskim, posiadającym dwie dowodne suki: Trąbkę i Waldynę, wiatrem goniące. Piątkowski trąbił na donośnej bo­rówce niby jaki Wojski; Do tej drużyny należał też Józef Baran z Józefem Pałką, Kowalem ze starej wsi. Pałka, to chłop silny jak tur, barczysty, ma lat 86, żyje do dziś dnia, jeszcze przed paru laty polowałem z nim w Siekierczynie, zabił przy moich gończych jamnikach: Trafiszu, Zagraj u i ochotnym a dowodnym Pogoniu, kilka szaraków. Pałka posiadał znakomitą małą sobaczkę Śpiewkę — na kniejówce ślicznie trąbił; chodził zawsze z kapslowką, bo staruch wcale do wynalazków nowych nie miał wiary. Czasami polowałem z emigrantem Borzęckim (Zaruckim); był to wysoki, śmigły mężczyzna, wąs miał długi cienki rudy; zapalony myśliwy; posiadał dar opowiadania różnych bajek, dykteryjek, kłamstw jaskrawo ubarwionych, zdarzeń, bądź praw­dziwych, bądź zmyślonych, a dowodzących nie małego dowcipu i sprytu; z tego też powodu był miłym towarzyszem na polo­waniu: pełnił obowiązki leśniczego we dworze starowiejskim; ożenił się z Maryą Głębocką, córką Seweryna. Prawie w każdą wilię szedłem z Tatą, Jedlińskim i Baranem do Pałki, aby tam na Golcowie zapolować.

W tej miejscowości było najwięcej kubusiów[10]. W roku 1872 zaprosił ojca mego i mnie Seweryn Głę­bocki, właściciel Mordarki, na polowanie, które się miało odbyć we wilię.

Przybywszy do dworu, powiesiliśmy w przedpokoju na szaragach nasze śrutówki, nabite, ale bez kapsli, albowiem gospo­darz poprosił nas naprzód na myśliwskie śniadanie. Serdecznie ugoszczeni, ruszyliśmy w pole z jednym chłopakiem, który pro­wadził psy gończe na sworce. Nikt lepiej od niego nie umiał psami podłożyć.

Na tak zwanych „górach dyrkowskich" zajęliśmy dogodne stanowiska za grubymi świerkami. Na dany sygnał trąbką[11] chło­pak (caniduktor) puścił psy, które w krótkim czasie, ruszywszy szaraka, zaczęły głosić, „rachu — ciachu;" „ciachu — rachu". Cóż to za rozkosz była dla nas, gdy usłyszeliśmy tak miłą dla ucha myśliwego muzykę[12] Prawdziwe polowanie lubowników jest tylko z gończymi psami.

Przygotowany i złożony do strzału spostrzegłem szaraka, przemykającego się koło mnie. Z odległości około 60, kroków wypaliłem do niego raz i drugi; gęsty dym zaćmił światło a gdy zniknął, zobaczyłem szaraka mocniej pędzącego do góry, prosto na tatę. Po małej chwili padły dwa strzały, ponieważ jednak psy nie ucięły, lecz pognały dalej z głosem, przeto do­myśliłem się, że i tata spudłował.[13] Po upływie kilku minut odezwał się na samej górze, gdzie stał Seweryn Głębocki[14], jeden strzał; poczem psy ucięły — szarak był zabity. Gdy psy dostały odprawę, poszliśmy do lasu dworskiego zwanego „osobicie". Po rozstawieniu się na stanowiskach, chłopak na głos trąbki spuścił psy ze sfory. Po chwilce usłyszeliśmy „a ja jaj — a ja jaj — a ja jaj" — psy trafiły Kubusia na oko. Wnet jednak ucięły. Cóż to się stać mogło? Czyby psy trop zgubiły? Czy Kuba pokluczywszy wyszedł z kniei i siadł w kotlinie, a psy nie mogą go trafić?

Zaciekawiony, poszedłem do tego miejsca, w którem psy głosiły i zobaczyłem siwego Kubę, istnego gracza, siedzącego na dosyć wysokim pniaku.

Zmierzyłem do niego i padł strzał, Kuba spadł z pniaka na ziemię, w tej chwili przyskoczyły psy do niego — jeden złapał za kark, a drugi za zad i jak pociągły każdy do siebie raz i drugi, tak rozdarły Kubę na połowy.

Następnie udaliśmy się na tak zwane „góry molowskie". Po zajęciu upatrzonych stanowisk na dany sygnał trąbką chłopak puścił psy. Wnet ruszyły kota i pognały go z głosem z dołu do góry. W tem zauważyłem kota, z przeciwnej strony kicającego z góry na dół, nagle skoczył w bok, wpadł w duży jałowiec i stamtąd nie wyszedł. Kot ten nie był gnany, lecz sam spło­szony graniem psów, wymykał się z kniei. Ostroźnie podszedłem do tego jałowca i z odległości około 50 kroków strzeliłem do kota, który pod jałowcem dał słupka. Zadymiło się, a gdy dym się rozszedł zobaczyłem kota, jak, położywszy po sobie słuchy, pędził do góry. Z ciekawości poszedłem do tego jałowca, aby się przekonać, czy tam nie ma farby lub turzycy; jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem rozciągniętego kota pod jało­wcem ; okazało się, że w jałowcu siedziały dwa koty, jeden z dołu, tego zabiłem i jeden z góry, ten uciekł. Wracając do domu, przechodziłem koło kępy, będącej na samym końcu lasu dworskiego. Domyślając się, że w tej kępie siedzi Kuba, odwio­dłem oba koguty (kurki) przy dubeltówce, podniosłem duży ka­mień ze ziemi i rzuciłem nim na kępę; wtej chwili wypadły z niej dwa kubusie jeden pomknął w prawo, a drugi na lewo. Szybko się złożyłem i padły dwa strzały. Sądziłem, że „co łup, to trup"; tymczasem okazało się, że „co łup, to pudło".

Z własnego doświadczenia wiem — a poluję już od 55 lat, że najczęściej wtedy się chybia, gdy strzał pada z bliska i nagle.

Wróciwszy do dworu dowiedzieliśmy się, że w czasie, w któ­rym spożywaliśmy smaczne śniadanie myśliwskie, jeden ze synów gospodarza — Karol czy Zygmunt — wykręcił z naszych dubel­tówek śrót, z tego też powodu pierwsze nasze strzały były stra­cone. Gospodarz poczęstował nas pyszną krampampulą[15] córka zaś jego nadobna Henia bardzo smacznymi różkami z makiem. Pięknie podziękowaliśmy gospodarzowi, że nam sprawił tak wielką przyjemność i za okazaną gościnność iście staropolską, na­stępnie pożegnaliśmy się z nim i córką i poszli do domu[16].

Może nie od rzeczy będzie gdy tu nadmienię, co miał przy sobie dawniej myśliwiec, gdy się wybierał na polowanie, a co posiada obecnie.