piątek, kwiecień 27, 2018

Wspomnienia limanowskie  z lat od r. 1858 do r. 1874

tekst pochodzi z wydawnictwa Wspomnienia limanowskie i starosądeckie, Jan Sitowski, Mordarka 1916, wydane nakładem autora.

Rodzice moi, ś. p. Karol[1] i Marya[2] z Najdrów sprowa­dzili się do Limanowej na stały pobyt w r. 1858 i zamieszkali chwilowo w małym, nizkim domku Maryi Krakowskiej[3], znaj­dującym się w ulicy Kolejowej; domek ten stał w miejscu, gdzie obecnie jest kamienica Arona Batnera. Następnie przeprowadzili się rodzice do domu Józefa Mola, zwanego „Józulkiem", ze Sarczyna, obecnej własności Abhe Tenzera w ulicy Kolejowej.

Dnia 2. sierpnia 1867 kupiła matka domek z ogródkiem stojący w tej samej ulicy pod Nr. 91, od Szymona Hellera, ten nabył go w r. 1864 od Franciszka Graffnera. Ponieważ domek był stary i groził upadkiem, przeto rozebrano go, a na jego miejscu wystawiono nowy dom drewniany; budował go Walenty Leśniak, cieśla ze Sowlin, zwany „Ziemniakiem". W tym domu pomarli moi rodzice: matka 28 lutego 1885, a ojciec 7 paździer­nika 1887. Z uwagi, że w tym domu spędziłem najprzyjemniej­sze, a także i najboleśniejsze chwile mojego życia, nie chciałem się z nim rozstać, lecz zatrzymać go jako drogą pamiątkę po moich rodzicach. Nie mieszkając w Limanowej, byłem zmuszony dom puszczać w najem różnym osobom.

Ponieważ niektórzy lokatorowie nie tylko, nie płacili czyn­szu ale nadto dom niszczyli tak dalece, że prawie co rok wypa­dało stawiać nowe piece, malować pokoje, pokostować a nastę­pnie malować okna itp. a przy tem byłem narażony ustawicznie na kłopoty i nieprzyjemności z najemcami, przeto nie pozostało mi nic innego jak z bólem serca dom sprzedać, — co też w r. 1903. uczyniłem.

Na podstawie mego doświadczenia przekonałem się, że urzędnik wtedy może sobie postawić lub kupić dorn, gdy już jest na pensyi i to li dla swojego własnego użytku.

W owe czasy był proboszczem i dziekanem w Limanowej śp. ks. kanonik Jan Warpecha, którego życiorys znajduje się w moich wspomnieniach z Sądecczyzny. Tu muszę nadmienić, że na pogrzeb śp. ks. Warpechy[4], który był wszystkiem dla wszystkich, zjechało się z różnych stron samych księży świeckich i zakonnych 72. Wikarym był ks. Jakób Jordan Rozwadowski, brat Eugeniusza kupca w Limanowej.

W roku 1858 istniał w Limanowej urząd powiatowy (Bezirksamt). Przełożonym był Wicherek, a po nim Babor. Baborowie mieli trzy córki, najstarsza Matylda była naj­ładniejsza; matka często odzywała się do niej słowy: „Matilde sei stolz, denn du bist die schonste".

Los zrządził, że obie młodsze córki wyszły nie źle zamąż, najstarsza zaś została starą, panną. Po Baborze nastał Szcze­pański[5]. Był to zdolny prawnik; z jego urzędowania byli wszy­scy zadowoleni. W tym czasie odbywały w Limanowej sławne bale, na które szlachta nawet z odległych stron tłumnie się zjeż­dżała; w kasynie limanowskiem były i przedstawienia amatorskie częste, a po nich wesołe hulanki z pląsami (zob. moje Wspo­mnienia z Sądecczyzny). W każdym balu uczestniczył Odrowąż — Pieniążek, szlachcic co się zowie, z Limanowszczyzny. Ponieważ Pieniążek prześlicznie tańczył mazura, przeto zebrani w sali ba­lowej obywatele prosili go, — by zechciał solo zatańczyć ma­zura. Prośbę Pieniążek spełnił, ubrany we wspaniały kontusz; wybrał sobie z grona pań w sali zgromadzonych, panią N. słynną z nadzwyczajnej urody i elegancyi blondynkę z wielkiemi marzącemi oczyma, podobnemi do błękitnych agatów, wysmukłą, ślicznie rozwiniętą i będącą jeszcze w epoce zalotności, tej naj­silniejszej broni niewieściej.

Gdy wybrana stanęła do tańca i podała drobną rączkę Pie­niążkowi, w żyłach Odrowąża zagrała krew sarmacka. Z chwilą rozpoczęcia tańca zapanowała w sali balowej cisza, słychać było tylko porywującego mazura, rzniętego od ucha na skrzypkach i basach przez orkiestrę, Kierszonka i towarzyszy z Nowego Sącza. Wszystkich oczy były zwrócone na tańczącą dorodną parę. Tak tańczyć mazura potrafił tylko Odrowąż — Pieniążek.

Były chwile, kiedy się zdawało, że Pieniążka, w którym kipiał nadmiar życia, krew zaleje.[6] Po ostatnim hołubcu zerwała się w sali balowej szalona burza oklasków, którym końca znaleść nie umiano. Wszyscy spieszyli do Pieniążka, by mu uści­snąć gorąco prawicę i podziękować za tak wspaniałe widowisko.

Po Szczepańskim nastał Walenty Jaworski (r. 1865). W tym czasie był samoistnym adjunktem powiatowym Leichamscheider, mężczyzna przystojny, nosił bokobrody, wielki domator i lubownik kwiatów, zdolny prawnik. Po oddzieleniu administracyi od sądownictwa, zamianowano Jaworskiego starostą Melzera zaś sędzią powiatowym w Limanowej. Pozwolę sobie tutaj przyto­czyć jeden z dekretów, jakie niektórzy urzędnicy z powodu oddzielenia administracyi od sądownictwa otrzymali. „Unter Anerkennung Ihres ehrenhaften Charakters und musterhaften Diensteifers, werden Sie in den zeitlichen Ruhestand versetzt".

Melzer, nizkiego wzrostu, szczupły, uczciwy, prawy czło­wiek, prawnik o niezwykłych zdolnościach, sam załatwiał naj­trudniejsze i najzawilsze procesy a zwłaszcza gruntowe; wy­dane przez niego wyroki Sąd najwyższy zatwierdzał. Był Cze­chem, mówił źle po polsku, ale pisał pięknie i bez błędów. — Zostawił po sobie pamięć sumiennego i gorliwego pracownika.

Po Melzerze przybył na stanowisko Sędziego powiatowego Dr. Otto Koppel, średniego wzrostu, typ męskiej piękności, nosił ładną brodę i ubierał się podług ostatniej mody; prawnik zdolny; z podwładnymi urzędnikami obchodził się z wielkim taktem i z życzliwością. Służyłem pod Dr. Kopplem w charakterze auskultanta sądowego dwa lata, a to razem z adjunktami sądo­wymi: Rudolfem Jaroszem i Karolem Górą. Te dwa lata służby były dla mnie najprzyjemniejsze — nigdy i nigdzie nie było mi tak dobrze.

Jaworski był słusznego wzrostu, silnie zbudowany, twarz miał pełną, uśmiechniętą, wesołą, wąs rudawy, brodę starannie wygoloną.

Jaworski był zdolnym i rutynowanym urzędnikiem admini­stracyjnym. Obowiązki urzędowe pełnił sumiennie i gorliwie; ułatwiał każdemu szybkie załatwienie sprawy; zawsze i wszędzie okazywał dobrą wolę i chęć przychylnego stosowania istniejących ustaw administracyjnych. Był to człowiek dzielny i na właściwem miejscu. Obchodził się ze stronami bardzo grzecznie i mile. Gdy ktoś z inteligencyi znajomy czy nie znajomy zjawił w jego biurze, zaraz prosił siedzieć i pytał, czem może mu służyć? Uważał się bowiem za pierwszego sługę w powiecie dla obywa­telstwa. Jeżeli jaka strona przez pomyłkę przyszła do jego biura, to jej udzielił objaśnienia, do której kancelaryi ma się udać, lub polecił woźnemu, albo pisarzowi stronę zaprowadzić tam, gdzie miała sprawę do załatwienia. To tez i podwładni urzędnicy idąc w ślady swego przełożonego, obchodzili się grze­cznie kultralnie, ze stronami, starali się być im pomocnymi. Jeżeli ktoś z kół inteligentnych przyszedł do ich biura, to pro­sili siedzieć i pytali się o życzenie. — Podwładni nie mieli dosyć słów pochwały dla swego szefa, który był dla nich wyrozumiały, sprawiedliwy i żadnemu krzywdy nie wyrządził.

Przez długoletnie urzędowanie zjednał sobie Jaworski cześć, szacunek i popularność mieszkańców powiatu limanowskiego.

Jaworski urodził się w r. 1818 a umarł 19 sierpnia 1899. Cześć i sława Jego zacnej pamięci!

Na tem miejscu muszę jeszcze zauważyć, że sekretarzem Starostwa limanowskiego był Macharski, przybył razem z Ma­chnickim ze Skrzydlny, gdy tamtejszy urząd powiatowy zniesiono. Macharski był to człowiek uczciwy, prawy, uczynny i bardzo pracowity — był prawą ręką Jaworskiego.


W roku 1858 był poborcą podatkowym (Einehmerem) w Li­manowej Ertel, zwany „Pechvoglem", z tego powodu, że zawsze przegrał ile razy zasiadł do kart.

Po nim nastał Kubliński. Notaryuszem był Franciszek Gross, ożeniony z Fichauzerówną z Gdowa. Ponieważ w Limanowej nie było wówczas adwokatów, przeto Gross zastępywał strony w procesach, sporządzał pisma sporne i t. p.

Kandydatem  notaryalnym był u niego Michał Struszkiewicz.

Gross urodził się w r. 1823 a umarł 10 marca 1895.

Komisarzem skarbowym był Jan Rikauer; podpisywał się „Johann Rikauer Edler von Hohenthal". Po nim nastali: Skulski, Starościk i inni już młodsi. Lekarzem rządowym był Saganowski.

Dr. Leon Żuławski[7] był praktykującym lekarzem w Lima­nowej; ponieważ miał nogi sparaliżowane przeto wożono go na fotelu umyślnie zrobionym; posiadał ładny dom pod NK 15 w rynku z dużym ogrodem. Realność tę sprzedał jego syn Dr. Karol Żuławski przed 8-miu laty. Żuławscy mieli ładną córkę Leoncię.

Aptekarzem był Antoni Miler. Jego nader miła mał­żonka Karolina umiała doskonale przyrządzać lekarstwa.

Ile razy ktoś przyszedł do lekarni w dzień powszedni, czy świąteczny, o której bądź porze dnia, zawsze zastał w niej albo Milera albo jego żonę.

Milerowie mieli kilka córek, to też od czasu do czasu urządzali zabawy. Nie raz tańczyłem do białego dnia u Milerów. — Z córek najładniejsza była Bronia, z którą się ożenił Teodor Głębocki.

Pocztmistrzem był Stanisław Peszko, bardzo sympatyczny uprzejmy i taktowny człowiek. Ze stronami obchodził się bardzo grzecznie; chował 12 par koni, albowiem wtedy kursowały tak zwane „Eilwageny" zaprzężone w dwie pary koni. Peszko posy­łał z dyliżansem konie do Nowego Sącza i Rzegociny; w peł­nieniu obowiązków pomagał mu kuzyn Ostrowski. Listonoszem był Jakób Kubicki; jakkolwiek nie umiał ani czytać ani pisać i listy wkładał między palce obu rąk, miał tak dobrą pamięć, że rzadko się trafiały pomyłki w doręczaniu listów adresatom. Peszkowie mieli otwarty dom. — Wszystka inteligencya limanowska bywała w ich gościnnym domu.

W Limanowej była wówczas szkoła trywijalna — w niej uczył dzieci Stanisław Chudzicki z pomocą organisty Michała Kapturkiewicza. Dzisiaj jest w Limanowej 13. sił nauczy­cielskich. Burmistrzem był Jakób Baczyński, szwagier poprze­dniego burmistrza, Walentego Chylińskiego; po nim następowali kolejno: Antoni Baczyński, Józef Mamak ze sądu, Stanisław Peszko i inni.

Rabinem był Nathan Godlberg.

W owe czasy mieli tu sklepy korzenne: bracia Apolinary i Eugeniusz Jordan Rozwadowscy; później sani Eugeniusz Roz­wadowski, który był jak się niemcy wyrażają „ein geriebener Kaufmann". W jego sklepie praktykował Michaś Macharski obecny właściciel domu handlowego pod godłem „Antoni Hawełka" w Krakowie. — Już wtedy okazywał wielki spryt i zamiłowanie do handlu. Był prawą ręką Rozwadowskiego.

Faliszewski — miał sklep w budynku plebańskim, który stał w tem miejscu, gdzie obecnie znajduje się ogród księży. Gdy Faliszewski wyprowadził się do Przemyśla, założył w tym budynku sklep korzenny Bauman, który później przeniósł się do Bochni i tam kupił cukiernię.

Piotrowski — miał sklep koło kościoła; sprzedał go wraz z budynkiem Peszkowskiemu, synowi leśniczego w Laskowej. Peszkowski przystawił jeszcze jeden dom, ale długo się nie utrzymał przy sklepie; ogłosił upadłość i oba te budynki sprzedał Stahlbergerowi, ówczesnemu sekretarzowi limanowskiej rady po­wiatowej — od niego kupiła gmina oba domy.

Haskel Blaugrund obok sklepu korzennego miał duży skład wina węgierskiego.

Szymon Hochberg miał sklep bławatny; Schaja Zellner obecnie Krezus limanowski miał sklep żelazny a Juda Goldfinger szynk winny.

W owe czasy sprowadziło się do Limanowej na stały pobyt kilku obywateli wiejskich i tak:

Chmielowski Stanisław, przybył z Rybia — był dzierżawcą dóbr ziemskich — kupił sobie dom w Limanowej — stojący obok tego domu, w którym znajduje się trafika Kloza od strony za­chodniej. Dom ten później sprzedał Wojciechowi Świderskiemu — zmarł w Limanowej.

Kisielewski Józef, dzierżawca dóbr ziemskich, przybył z kisielówki, mieszkał w tym domu, w którym obecnie znajduje się magazyn spółki rolniczo-handlowej „kosa" — umarł tutaj w. r. 1863.

Marynowski Ignacy, z powodu choroby wymagającej ciągłej opieki lekarskiej sprowadził się z Łukowicy do domu Józefa Barana — utworzył fundusz stypendyjny dla ubogich uczniów. Tutaj umarł 15 lipca 1868.

Miłkowski Rudolf, były właściciel folwarku w Słopnicach królewskich — był na Syberyi. Tam stracił jedno oko; od czasu do czasu bzikował; fama v a g a t u r, że hr. Stadnicka zapisała Miłkowskiemu, swemu bratu mlecznemu, czterdzieści kilka ty­sięcy zł. w. a. Miłkowski mieszkał w ostatnich czasach w domu Kunegundy Bulandowej, zwanej „Dzierwiną" żony garbarza — tam umarł;

Sławikowski Henryk[8] były spółwłaściciel Tymbarku i Sło­pnic Królewskich. Ostatniemi czasy mieszkał w domu Julii Ku­nickiej na targowicy i tam umarł.

Tomaski, przybył ze Siekierczyny i mieszkał koło domu Józefa Mola w ulicy krakowskiej obecnie kolejowej od strony wschodniej. Tomascy mieli ładną córkę Olgę — często bywali w domu moich rodziców, jako najbliżsi sąsiedzi. Tomaski był słuszny mężczyzna, nosił zawsze polski ubiór; był bardzo towa­rzyski i zabawny.

Ze Skrzydlny sprowadziła się do Limanowy Józefa Ledniowska z córką Wiktoryą, która trudniła się krawieczyzną — u niej ubierała się Marya Żochowska z Laskowej (wyszła za mąż za Michałowskiego z Dąbia).

Pierwotnie obie Ledniowskie mieszkały w połowie zacho­dniej domu, stojącego tuż przy realności mej matki pod Nr. 91. w drugiej połowie wschodniej mieszkali Chołubowiczowie. Tak Ledniowskie jak i Chołubowiczowie, tudzież Łascy, którzy mie­szkali w domu Józefa Mola często bywali w domu moich ro­dziców. Obie Ledniowskie umarły w Limanowej.


W tych czasach było w Limanowej siła majętnych obywa­teli; do nich należeli:

Bieda Wawrzyniec — rzeźnik i masarz;

Brzezina Józef — piekarz;

Chyliński Walenty (myśliwy);

Czeczotka Wincenty, kuśnierz, miał ładną córkę Kasię;

Dąbrowski Marcin zwany „Omastą" i „Rusinem" masarz; był cechmistrzem, sprawił ze swoich funduszów chorągiew dla cechu.

Mamak Józef, ze sądu; handlował skórami, jeździł po jar­markach.

Wójcik Józef zwany „Bogatym" blisko połowa Lima­nowej do niego należała. Miał dwie żony. Z pierwszej Maryi ze Sadowskich urodził mu się syn Michał, który zginął w r. 1848 na wojnie we Węgrzech. Z drugą żoną Teklą z Pawlikowskich miał pięcioro dzieci: dwóch synów Jana i Stanisława i trzy córki: Józefę, Anielę i Ludwikę. Syn Jego Jan, przystojny mężczyzna, blondyn, był inżynierem kolejowym w Warszawie, nie ożenił się, umarł na suchoty w domu swej siostry Anieli Rozwadowskiej; drugi syn Stanisław ukończył farmacyę nie mogąc ani kupić ani wydzierżawić apteki, przeniósł się do Królestwa Polskiego, tam ożenił się z Chawerlandówną i chodził dzierżawami; czy żyje dotąd, nie wiadomo. Córka Józefa wyszła za mąż za Michnika, kupca w Bochni; z drugą córką Anielą, ożenił się Eugeniusz Jordan Rozwadowski; trzecia wyszła za mąż za Barcika; inspe­ktora podatkowego w Limanowej.

Obecnie z rodziny Wójcików i Rozwadowskich niema ni­kogo w Limanowej. Realność Rozwadowskich kupiła gmina i wy­najęła ją kupcowi Bursztynowi, który postawił handel na bardzo dobrej stopie. Realność Barcików nabył Szyja Horowitz.

Józef Wójcik urodził się w r. 1795 a umarł w r. 1877. Wójcik Jan, zwany „Obuszkiem i Adwokatem", trudnił się pokątnym pisar­stwem. Zieliński Wojciech, zwany „Przepiórką", kowal, miał ładną córkę Marysię.

Nie źle mieli się następujący obywatele miejscy:

  • Baczyński Jakób, krawiec a później piekarz;
  • Baczyński Antoni, kapeluśnik;
  • Baczyński Walenty, krawiec;
  • Baczyński Józef zwany „Zającem" krawiec;
  • Baczyński Antoni zwany „Kusiem" krawiec;
  • Baran Józef (myśliwy);
  • Biedroń Józef, zwany „Skrobisyrkiem" szewc;
  • Biedroń Jan, zwany „Dubeltem" szewc sprzedając swój towar po jarmarkach zachwalał go słowy: „kupujcie u mnie buty, bo to są dubelt buty";
  • Biedroń Bartłomiej, szewc;
  • Brześciński Ludwik, stolarz;
  • Baczyński Franciszek, szewc;
  • Czeczotka Walenty, kuśnierz;
  • Ćwik Michał, kuśnierz;
  • Florek Jędrzej, malarz;
  • Glac Franciszek, rymarz;
  • Garncarz Józef, stolarz;
  • Heinold Jędrzej, zwany „Tamborem" z powodu że służąc przy wojsku spełniał funkcye tambora, szewc;
  • Herman Wojciech, stolarz;
  • Jeż Jan, szewc;
  • Janik Antoni, zwany „Matrasem"
  • Janik Ludwik tkacz;
  • Janik Jan, tkacz;
  • Jedliński Jan, strzygł włosy, golił brody (myśliwy);
  • Kawecki Jan, rymarz;
  • Kita Szymon, szewc;
  • Kawecki Wincenty, rymarz;
  • Kunicki Jan, tkacz:
  • Kubicki Walenty;
  • Lesiecki Antoni, zięć Józefa Mamaka, ze sadu; szewc;
  • Mrazek Stanisław, garbarz;
  • Piątkowski Józef, (myśliwy);
  • Świderski Wojciech, szewc;
  • Szewczyk Jan, szewc;
  • Śliwa Błażej, tkacz;
  • Twaróg Teodor, malarz i rzeźbiarz;
  • Twaróg Sylwester, krawiec;
  • Wątroba Józef, garbarz;
  • Wieczorek Jakób, rzeźnik;
  • Włodarczyk Stanisław, rzeźnik;
  • Wójcik Wojciech, zwany „Lizoniem i Kazimierkiem";
  • Wójcik Franciszek, zwany „Misiem";
  • Wójcik Antoni, zwany „Kulawym";
  • Wójcik Franciszek, zwany „Kryską" szewc;
  • Zieliński Józef, miał małą realność i był woźnym w Starostwie (zawołany rybak) miał ładne córki: Józię i Basię i inni.

 


Dzisiaj zaledwie kilku obywateli miejskich ma się jako tako, Żydów było stosunkowo nie wiele i tak:

W górnej murowanej karczmie w ulicy Sądeckiej był Abracham Langer, miał ładną córkę Szymsię, do której młodzież limanowska cholewki smoliła;

W karczmie dolnej naprzeciwko kościoła był Benjamin Langer, syn Abrachama.

Salomon Kaufer był rzeźnikiem;

Izrael Schrieid, zwany „Srulem" był również rzeźnikiem; Sałka Wolf;

Sendor (Aleksander) Samuel, był cyrulikiem i miał kole­kturę loteryjną i kilku innych.

W całym mieście znana była Gittla Wider zwana „Małą Gittlusią"; była to nizka, gruba izraelitka z chronicznie zapalonemi powiekami; chodziła do każdego domu, kupowała sta­rzyznę, faktorowała i załatwiała różnorodne sprawy.

W owe czasy było dosyć dużo młodzieży w Limanowej, uczęszczającej do Gimnazyum w Nowym Sączu; zapiszę choć następujące nazwiska:

  • Baczyński Jan;
  • Brzeski Alfred;
  • Czeczotka Jan;
  • Kohn Maks;
  • Machnicki Henryk;
  • Mamak Franciszek;
  • Piszący te wspomnienia;
  • Wójcik Stanisław;
  • Żuławski Karol.

Kolegami moimi byli uczniowie wymienieni pod 1) 3) 4) 5) i 6). Ja stałem na stancyi u Mecnarowskich w Nowym Sączu, gdy uczęszczałem do Gimnazym do V. i VI. klasy (r. 1863 i 1864) a to razem z Alojzym Sławikowskim, Stanisławem Wójcikiem, synem Józefa bogatego z Limanowej i innymi.

Józef i Joanna z Pawlikowskich Męcnarowscy posiadali dwa domy za kościołem farnym i folwark na Grodzkiem — dziś sta­nowi on własność Hansa. Męcnarowscy mieli siedmioro dzieci — jednego syna Ignacego przystojnego mężczyznę, blondyna, który uczęszczał na wydział prawniczy w Krakowie i córki: Maryę, ta wyszła za mąż za Podgórskiego kupca w Jaśle[9]; Ferdynandę, z którą ożenił się Zawadil, profesor gimnazyalny w Nowym Są­czu; Józefę, która wyszła ze mąż za Przybyła, profesora gimnazyalnego; Karolinę z którą ożenił się Korpas; Emilię, która wyszła za mąż za Kwokę (Kwolewskiego). Izabellę, z którą się ożenił inżynier Leon. Z córek Mecnarowskich wyróżniały się krasą Milcia i Izia.

Młodzież limanowska i z gmin sąsiednich na małe wakacye i zapusty pieszo przybywała z Nowego Sącza do domu rodzi­cielskiego.

W czasie wakacyj letnich grywali w teatrze amatorskim; w pliszki na pastwisku pod cmentarzem w obecności rodziców, którzy siedząc na pagórku przypatrywali się grze, w kręgle u Roz­wadowskiego, który miał w owe czasy sklep w tym domu, gdzie obecnie jest rada powiatowa, a następnie na Chmielniku w Mordarce. Inteligencya limanowska grywała tam w kręgla nieraz przy latarniach. Do tej gry zachęcali osobiście Starościk, Roz­wadowski, Persa urzędnik Starostwa i Kalita.

Kontrolor urzędu podatkowego Kalita był słusznego wzrostu i zadawał szyku.


Jako zamiłowany w rybołówstwie i myśliwstwie, łowiłem ryby z Józefem Zielińskim na saki w rzecze sowlińskiej, czasem w Łososinie i Tymbarku; W czasie wakacyj polowałem na Lipowem w Sowlinach i Starej wsi na kuropatwy, przepiórki i chru­ściele z małym czarnym pieskiem Alegrusiem, który umiał wy­szukiwać ptaki; w zimie zaś polowałem na zające z tatą, wujem Karolem Najdrem i Karolem Żuławskim, najczęściej zaś z Janem Jedlińskim, który miał bardzo dobrą suczynę „Mrówkę" i z Woj­ciechem Piątkowskim, posiadającym dwie dowodne suki: Trąbkę i Waldynę, wiatrem goniące. Piątkowski trąbił na donośnej bo­rówce niby jaki Wojski; Do tej drużyny należał też Józef Baran z Józefem Pałką, Kowalem ze starej wsi. Pałka, to chłop silny jak tur, barczysty, ma lat 86, żyje do dziś dnia, jeszcze przed paru laty polowałem z nim w Siekierczynie, zabił przy moich gończych jamnikach: Trafiszu, Zagraj u i ochotnym a dowodnym Pogoniu, kilka szaraków. Pałka posiadał znakomitą małą sobaczkę Śpiewkę — na kniejówce ślicznie trąbił; chodził zawsze z kapslowką, bo staruch wcale do wynalazków nowych nie miał wiary. Czasami polowałem z emigrantem Borzęckim (Zaruckim); był to wysoki, śmigły mężczyzna, wąs miał długi cienki rudy; zapalony myśliwy; posiadał dar opowiadania różnych bajek, dykteryjek, kłamstw jaskrawo ubarwionych, zdarzeń, bądź praw­dziwych, bądź zmyślonych, a dowodzących nie małego dowcipu i sprytu; z tego też powodu był miłym towarzyszem na polo­waniu: pełnił obowiązki leśniczego we dworze starowiejskim; ożenił się z Maryą Głębocką, córką Seweryna. Prawie w każdą wilię szedłem z Tatą, Jedlińskim i Baranem do Pałki, aby tam na Golcowie zapolować.

W tej miejscowości było najwięcej kubusiów[10]. W roku 1872 zaprosił ojca mego i mnie Seweryn Głę­bocki, właściciel Mordarki, na polowanie, które się miało odbyć we wilię.

Przybywszy do dworu, powiesiliśmy w przedpokoju na szaragach nasze śrutówki, nabite, ale bez kapsli, albowiem gospo­darz poprosił nas naprzód na myśliwskie śniadanie. Serdecznie ugoszczeni, ruszyliśmy w pole z jednym chłopakiem, który pro­wadził psy gończe na sworce. Nikt lepiej od niego nie umiał psami podłożyć.

Na tak zwanych „górach dyrkowskich" zajęliśmy dogodne stanowiska za grubymi świerkami. Na dany sygnał trąbką[11] chło­pak (caniduktor) puścił psy, które w krótkim czasie, ruszywszy szaraka, zaczęły głosić, „rachu — ciachu;" „ciachu — rachu". Cóż to za rozkosz była dla nas, gdy usłyszeliśmy tak miłą dla ucha myśliwego muzykę[12] Prawdziwe polowanie lubowników jest tylko z gończymi psami.

Przygotowany i złożony do strzału spostrzegłem szaraka, przemykającego się koło mnie. Z odległości około 60, kroków wypaliłem do niego raz i drugi; gęsty dym zaćmił światło a gdy zniknął, zobaczyłem szaraka mocniej pędzącego do góry, prosto na tatę. Po małej chwili padły dwa strzały, ponieważ jednak psy nie ucięły, lecz pognały dalej z głosem, przeto do­myśliłem się, że i tata spudłował.[13] Po upływie kilku minut odezwał się na samej górze, gdzie stał Seweryn Głębocki[14], jeden strzał; poczem psy ucięły — szarak był zabity. Gdy psy dostały odprawę, poszliśmy do lasu dworskiego zwanego „osobicie". Po rozstawieniu się na stanowiskach, chłopak na głos trąbki spuścił psy ze sfory. Po chwilce usłyszeliśmy „a ja jaj — a ja jaj — a ja jaj" — psy trafiły Kubusia na oko. Wnet jednak ucięły. Cóż to się stać mogło? Czyby psy trop zgubiły? Czy Kuba pokluczywszy wyszedł z kniei i siadł w kotlinie, a psy nie mogą go trafić?

Zaciekawiony, poszedłem do tego miejsca, w którem psy głosiły i zobaczyłem siwego Kubę, istnego gracza, siedzącego na dosyć wysokim pniaku.

Zmierzyłem do niego i padł strzał, Kuba spadł z pniaka na ziemię, w tej chwili przyskoczyły psy do niego — jeden złapał za kark, a drugi za zad i jak pociągły każdy do siebie raz i drugi, tak rozdarły Kubę na połowy.

Następnie udaliśmy się na tak zwane „góry molowskie". Po zajęciu upatrzonych stanowisk na dany sygnał trąbką chłopak puścił psy. Wnet ruszyły kota i pognały go z głosem z dołu do góry. W tem zauważyłem kota, z przeciwnej strony kicającego z góry na dół, nagle skoczył w bok, wpadł w duży jałowiec i stamtąd nie wyszedł. Kot ten nie był gnany, lecz sam spło­szony graniem psów, wymykał się z kniei. Ostroźnie podszedłem do tego jałowca i z odległości około 50 kroków strzeliłem do kota, który pod jałowcem dał słupka. Zadymiło się, a gdy dym się rozszedł zobaczyłem kota, jak, położywszy po sobie słuchy, pędził do góry. Z ciekawości poszedłem do tego jałowca, aby się przekonać, czy tam nie ma farby lub turzycy; jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem rozciągniętego kota pod jało­wcem ; okazało się, że w jałowcu siedziały dwa koty, jeden z dołu, tego zabiłem i jeden z góry, ten uciekł. Wracając do domu, przechodziłem koło kępy, będącej na samym końcu lasu dworskiego. Domyślając się, że w tej kępie siedzi Kuba, odwio­dłem oba koguty (kurki) przy dubeltówce, podniosłem duży ka­mień ze ziemi i rzuciłem nim na kępę; wtej chwili wypadły z niej dwa kubusie jeden pomknął w prawo, a drugi na lewo. Szybko się złożyłem i padły dwa strzały. Sądziłem, że „co łup, to trup"; tymczasem okazało się, że „co łup, to pudło".

Z własnego doświadczenia wiem — a poluję już od 55 lat, że najczęściej wtedy się chybia, gdy strzał pada z bliska i nagle.

Wróciwszy do dworu dowiedzieliśmy się, że w czasie, w któ­rym spożywaliśmy smaczne śniadanie myśliwskie, jeden ze synów gospodarza — Karol czy Zygmunt — wykręcił z naszych dubel­tówek śrót, z tego też powodu pierwsze nasze strzały były stra­cone. Gospodarz poczęstował nas pyszną krampampulą[15] córka zaś jego nadobna Henia bardzo smacznymi różkami z makiem. Pięknie podziękowaliśmy gospodarzowi, że nam sprawił tak wielką przyjemność i za okazaną gościnność iście staropolską, na­stępnie pożegnaliśmy się z nim i córką i poszli do domu[16].

Może nie od rzeczy będzie gdy tu nadmienię, co miał przy sobie dawniej myśliwiec, gdy się wybierał na polowanie, a co posiada obecnie.

 


W dawnych czasach mściwy miał:

  1. Strzelbę kapslówkę;
  2. Torbę z kilkoma przedziałami w których znajdowały się:
  • śrót w torebce skórzanej;
  • kapsle w maszynce mosiężnej;
  • kłaki;
  • fajka z krótkim cybuszkiem ;
  • kapciuch z tytoniem;
  • scyzoryk z krzesiwem i przetyczką do fajki;
  • krzemień;
  • hupka;
  • przekąska (chleb z wędlinami).
  • Rożek z prochem;
  1. Manierkę z żytniówką;
  2. Trąbkę rogową;
  3. Harap i sforki na psy;
  4. Laskę.

 

Dzisiaj posiada myśliwy

  1. Strzelbę, odtylcówkę (Lankastrówkę);
  2. Torbę, przy której wiszą na rzemyczkach: klucz do wyjmowania ładunków i gwizdek, z licznemi rzedziałkami, przeznaczonemi na przechowanie następujących rzeczy:
  • nakrycia skórzanego na lufy (Laufkappe);
  • nakrycia skórzanego na zamki (Gewehrschlossdeckel);
  • przyrządu do celowania w ciemności (Nachtzielkorn);
  • sforki na psy;
  • taśmy mierniczej — ze względu na przepisy §§. 45 i 46 ust. Łow.
  • przekąski (bułki z szynką, chleba z kiełbasą, jaj goto­wanych, puszki sardynek i puszki kawiorku);
  • bandaży;
  • flaszeczki z jodyną;
  1. 9) flaszeczki z chlorkiem żelaza;
  • plastra turystycznego;
  • plastra angielskiego;
  • torebki z pastylkami kaisera;
  • latarki elektrycznej;
  • przyrządu do chodzenia po lodzie (Steigeisen) w zimie.

 

  • Pas z gotowymi nabojami;
  1. Przyrząd do podtrzymywania gotowej do strzału strzelby (Gewehrhalter);
  2. Trąbkę mosiężną;
  3. Binokle;
  • Druciane kółko z 10. szpiczastemi żelaznemi sztabkami (Zahler) około x]z metra długiemi (ze względu na §§.5 48 ust. Łow.);
  • Thermos z gorącą herbatą w zimie;
  1. Manierkę z koniakiem;
  2. Zarękawek podbity baranem lub lisem w zimie.
  3. Siatkę z konopnych sznurków do noszenia zajęcy;
  • Laskę składaną.

 

Nadto myśliwy w kieszeniach ubrania nosi: ustawę ło­wiecką; kartę na broń; kartę myśliwską z fotografią; scyzoryk z różnymi przyrządami; zapalniczkę i papierośnicę z papie­rosami.

Z mamą zbierałem w czasie wakacyi grzyby w krzakach nad siwym brzegiem. Gdzie się to podziały te najprzyjemniejsze i najszczęśliwsze chwile?


Moi rodzice żyli w przyjaźni z Brzeskimi; Jędlami; Żu­ławskimi; z ks. Wincentym Sumarą, proboszczem ze Słopnic Królewskich i z ks. Maciejem Browarnym, proboszczem w Łoso­sinie górnej.

Ks. Sumara był to wysoki, barczysty, nader sympatyczny i gościnny człowiek. Często bywał w domu moich rodziców — lubiał bardzo grać w karty w tak zwanego „halbika" — zawsze trzymał bank; bywał także u Kazimierzów Brzeskich, z którymi żył w wielkiej przyjaźni.

W czasie wakacyj, gdy nastały wielkie upały, jeździli ro­dzice z większem towarzystwem do Łososiny górnej, aby się tam w rzece dosyć głębokiej ukąpać. Po kąpieli towarzystwo szło do plebanii na dobrą kawę.

Pewnego razu zdarzyło się, że w czasie kąpieli zerwała się nagle burza i spadł ulewny deszcz. Kąpielnicy zaledwie zdołali najniezbędniejszą odzież na siebie włożyć, resztę zaś zabrać w ręce i boso biegli do plebanii.

Proboszcz przyglądając się temu z okna, boki zrywał od śmiechu. Panie uciekając przed deszczem, pogubiły majtki, poń­czoszki, buciki itp. Teofila suszyła w kuchni przemoczone ubra­nie gościom.

Ciąg dalszy wspomnień limanowskich i wspomnienia mordarskie na­stąpią później.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

[1] Ojciec mój uczęszczał do gimnazyum w Nowym Sączu. Kolegował między innymi z Dunajcwskim, Oskardem i Possingercm. Stryj mój ś. p. ks. Kazimierz Sitowski, proboszcz w Ropie koło Grybowa wychowywał mego ojca i nie szczędził kosztów na jego wykształcenie.

[2] Matka moja pobierała nauki w klasztorze PP. Klarysek w Starym Sączu.

[3] Męża Krakowskiej zabił piorun w polu pod gruszką. Krakowska wy­szła później za mąż za kaflarza, Michalika.

[4] Ks. Jan Warpecha umarł 1 września 1877.

[5] Urząd powiatowy mieścił się w kamienicy piętrowej, stojącej w narożniku rynku ulicy Sądeckiej. Szczepański miał biuro na parterze; w przedpo­koju siedział woźny Błażej Szczypta. W owych czasach stosowano plagi cielesne za drobne przekroczenia. Zwykle Szczypta przeprowadzał egzekucye. Gdy jaka dziewczyna miała dostać plagi przemawiał do niej Szczypta słowami: „Niech panna przyniesie ławkę ze sieni na podwórzec!" — gdy się to stało rzekł Szczypta: „legaj panna zaraz, nie mam czasu, muszę iść po forszpan do Mordarki." Gdy się na ławce położyła, odezwał się znowu Szczypta: „niech panna podniesie spódnicę" gdy się temu wezwaniu stało zadość, zaaplikował jej Szczy­pta przepisaną ilość plag, poczem mówił: „niech panna odniesie ławkę do sieni".

W owe czasy można było znaleźć w Registraturze skargi o drobne prze­kroczenia z takiem załatwieniem „mit 10. Stock erledigt — ad acta". Szczypta posiadał złoty medal za obronę Limanowej przed rabunkiem w r. 1846. Opis obrony znajduje się w aktach urzędu parafialnego limanowskiego. Gdy Szczypta umarł, pochowano go z honorami, w mowie pogrzebowej podnoszono jego za­sługi — przy spuszczeniu trumny do grobu, wystrzelono kilka razy z moździerzy. Byłem osobiście na pogrzebie Szczypty. Żona Szczypty Marya zaniosła medal do urzędu parafialnego z prośbą, by go umieszczono we wielkim ołtarzu — prośbie stało się zadosyć — medal, wiszący na wstążce, przybito gwoździkiem u stóp cudownego obrazu matki boskiej w głównym ołtarzu. — Amatorowie dawali Szczypcinej za ten medal 50 zł. w. a.

[6] Na drugi dzień po balu widziano Samuela z Limanowej jadącego do Pieniążka z pijawkami.

[7] Dr. Leon Żuławski ułożył w r. 1846 taki wiersz: Haskel, Schaja i mała Gittlusia, Bali się bardzo chłopa rabusia.

[8] Sławikowski Henryk pracował w mojem biurze w charakterze oficyanta kancelaryjnego — po nim przybył Wiktor Głębocki.

[9] Podgórska odwiedzała matkę często i przywoziła ze sobą małą có­reczkę Eugenię, śliczną Jak marzenie — wszyscy przepowiadali jej świetną przyszłość — wyszła za mąż za Truszkowskiego.

[10] Wiejskie chłopaki ile razy zobaczyły zająca, darty się na całe gardło: „Kubusia, Kubusia — cialalaj, cialalnj."

[11] „Gdy się trąbka odezwie, słuchasz — serce ci rozpływa" — głos jej i szum lasów budzi zapał.

[12] Nie masz większego wesela dla duszy w lasach chowanej, jak gdy zagra psia kapela, pośród kniei dobrze znanej; jest to przyjemność szczera, gdy pieski w lesie odezwą się, niczem z ich głosem każda opera."

.Jakaż cudna to muzyka 1 czyżby Mozart taką stworzył? złóż tu strzelca nieboszczyka a z pewnością wnet by ożył. Już nie poznasz Trafisza, Pogonią i Cymbała, ale chór jeden tylko i orkiestra cała w przecudny akord zlana, a melodyi takiej, że gdyby ją uchwycił Szopen jaki, toby napisał koncert nad wszy­stkie koncerta i w kozi róg zapędził każdego Szuberta. Zapominasz wtedy świata nic ci na sercu nie ciąży, a krew mimo stare Iata, jak za młodu w ży­łach krąży."

[13] Tak psy goniły stale, strzał huczał po wystrzale; obaj kiepskośmy strzelali, na zabój pudłowali. Choć, który z nas czasem spudłował, to sam ze siebie żartował".

[14] Głębocki strzelał po mistrzowsku; gdziekolwiek się zmierzał, tam trup święcie leżał.

[15] Głębocki posiadał ładną pasiekę.

[16] Piją jedzą, gawędzą i z łupów się cieszą, a po uczcie dopiero do do­mów swych spieszą.