piątek, kwiecień 26, 2019

Charakterystyka wsi

Stara Wieś leży w powiecie limanowskim, na południe od Limanowej i należy do gminy Limanowa - Wieś. Od północy gra­niczy z miastem Limanową, od wschodu z Mordarką i Siekierczyną, od południa na długim i wąskim pasie górzystym i lesis­tym z Roztoką, należącą do gminy Łukowi­ca, od zachodu ze Słopnicami, zaś od pół­nocnego zachodu na niewielkiej przestrze­ni z Lipowem, należącym do gminy Limano­wa - wieś. Stara Wieś rozciąga się około 9 km w kierunku północ-południe, zaś około 7 km w kierunku wschód-zachód.

Przez wieś przepływa w kierunku północnym potok zwany urzędowo potokiem Starowiejakim, przez lud nazwany pospolicie Rzeką. Koło dawnego browaru wpada do nie­go potok zwany Jabłoniec, który ma swoje źródła na terenie wsi Siekierczyny. Oba te potoki na północ od Limanowej łączą się z płynącym od wschodu znacznie mniej­szym potokiem zwanym potokiem Mordarka.

Do roku 1951 posiadała Stara Wieś 2692 57 ha powierzchni. W tym jednak roku zo­stało przeszło 400 ha przyłączone do mia­sta Limanowej. W wieku XVIII na terenie Starej Wsi mieli swe posiadłości także mieszczanie limanowscy. Jednak dziedzic klucza limanowskiego, odebrał mieszczanom grunta w Starej Wsi, a w zamian dał im pola gorszej jakości, położo­ne na północ od Limanowej. Nie znalazłem konkretnych danych co do założenia wsi, lecz to jedno jest pewne, że jest ona starszą od Limanowej, gdyż do nowo zało­żonego miasta napływali osadnicy również i ze Starej Wsi.

W 1520r. wieś należała do Słupskich ze Słupi, w tym samym roku przeszła w posiadanie Jordanów z Zakli­czyna. Początkowo wieś tę nazywano Szy­ki. Osadnictwo dotarło tutaj wzdłuż potoku Starowiejakiego. Dzisiejsza Stara Wieś obejmuje następujące przysiółki: Rzyki, Wola, Golców i Jabłoniec. W "Limano­wej" pisze prof. Bujak, że w tych terenach przechowuje się tradycja, iż cała po­łudniowa część powiatu limanowskiego była miejscem wygnania dla przestępców i pokłóconych z prawem. Prawdopodobnie jest w tej tradycji trochę prawdy. Przytoczona powyżej opinia dotyczy również i Starej Wsi, która leży w południowej części powiatu limanowskiego i w której spotykamy nazwiska chłopów o brzmieniu szlacheckim, jak: Bugajski, Dębski i inne. Obok tych osadników szlachciców pokłóconych z pra­wem przenikała tu normalna fala osadnicza, idąca doliną Dunajca i dolinami Łososiny i Smolnika. Nowi osadnicy zaczynali swą pracę od karczowania lasów i tępienia dzi­kich zwierząt. Wraz z przyrostem ludności pomnażały się również i fortuny szlachec­kie. W Starej Wsi, prócz dworu, który był położony przy samej Limanowej, znajdowały się jeszcze 4 folwarki, a mianowicie: Leśniówka przy granicy Słopnic Szlacheckich, oddalona o 7 km od Limanowej, Zródłówka, oddalona o 2 km od Limanowej, Marcinówka na południowy wschód od Limanowej i wresz­cie Majerz, leżący na granicy wsi Siekier­czyny. Folwark Zródłówka był sołtystwem. Jego nazwa pochodziła od nazwiska sołty­sa /Źródło/, który służąc w piechocie ła­nowej za króla Jana Sobieskiego brał udział w odsieczy Wiednia. Dziedzice Dydyńscy znieśli sołectwo a rolę Marcinówkę przyłączyli do dworu starowiejskiego. Na­tomiast rolę Biedroniówkę, która znajdo­wała się między folwarkiem Majerz i rolą Łyszczarzewską przyłączyli do folwarku Majerz. Jak podaje kronika parafialna, za czasów panowania króla Jana Kazimierza w roku 1651 nawiedziło parafię limanowską, a więc i Starą Wieś tzw. "morowe powiet­rze", które przetrzebiło ludność naszej wsi. Również i wojny szwedzkie przyczyni­ły się do wyniszczenia ludności.

Stara Wieś jest położona na zboczach górskich. Gruntów ornych ma 1269 ha. a łąk 281,47 ha, pastwisk 374,64 ha, lasów 519,86 ha i nieużytków 343 ha. Ziemia uprawna jest licha i kamienista. Podglebie jest ilaste, wskutek czego na zboczach grunta się obrywają a ziemia orna zsuwa się w dół. Miejscami występują   rędziny, które dają znacznie lepsze plony niż gli­ny górskie. Na wzgórzach, gdzie należałoby się spodziewać gruntów suchych, wo­da zaskórna dość często wydobywa się na powierzchnię pól, tworząc tzw."wyniki", czyli przecieki. Trzeba ją odprowadzać rowami drenarskimi, wykładanymi przynajmniej kamieniami, pomiędzy którymi   może odpływać w pożądanym kierunku. Pola nasło­necznione dają lepsze plony, niż te, któ­re są położone na stokach północnych.

Przez długie lata arterią komunikacyjną w centrum wsi był potok Starowiej­ski. Wzdłuż tego potoku jeżdżono wozami i wożono drzewo. Niezależnie od tego istniały ścieżki, prowadzące do poszczegól­nych osiedli. Dopiero w roku 1907 rozpo­częto budowę drogi powiatowej na skutek starań dziedzica Zygmunta Marsa, probosz­cza limanowskiego ks. Kazimierza Łazarskiego, oraz mojego ojca Jana Gawrona, któ­ry był wójtem w Starej Wsi i członkiem rady powiatowej w Limanowej. Droga ta mia­ła połączyć Limanową ze Szczawnicą przez Zalesie, Kamienicę i Krościenko. Drogi tej nie udało się Jednak zrobić należycie ani przed I, ani przed II wojną światową. Dopiero Polska Ludowa realizuje marzenia naszych ojców i buduje wspomnianą trasą piękną drogę, której większa część jest już ukończona.

Druga droga prowadzi w kierunku południowo-wschodnim od Limanowej przez przy­siółek Wola, przez Siekierczynę i Rozto­kę w stronę Łukowicy. W czasie roztopów wiosennych, czy deszczów jesiennych jest ona bardzo trudna do przebycia. Stan dróg lokalnych przedstawia się dość licho, ale ludność zabiera się do naprawy dróg lo­kalnych czynami społecznymi.

Lasy w naszej wsi stanowią w 80% włas­ność państwa. Chłopi posiadają piątą część ogólnego obszaru lasów w terenach przyle­gających do ich gruntów ornych. Przeważa drzewostan jodłowy. Świerki są rzadsze. Nie brak również wśród lasów jodłowych także 1 zadrzewień bukowych. W zagajnikach chłopskich przeważa sosna, brzoza, olcha i leszczyna. Rzadziej występują ja­wory, lipy jesiony, a jeszcze rzadziej modrzewie. Drzewa liściaste rosną przewa­żnie wzdłuż potoku Starowiejskiego i sta­nowią podczas powodzi pewną ochronę pól uprawnych.

Ośrodek wsi stanowią następujące ro­le i zagrody Malarzówka, Rusinówka, Żródłówka, Tokarzówka, Dutkówka, Wojtasówka, Kamerdynówka, Czamarówka, Sukiennikówka, Krajakówka, Rola, Plejtkówka, Na Gaiku, Na Zakopanem, Golców, Podgolców, Wola, Łą­ki, inaczej Bogaczówka, Dzielec, Skorzapówka, Dział i Jabłoniec. Ogółem było 21 ról i 16 zagród, pochodzących z dawnych czasów. Oprócz gospodarstw usytuowanych na dawnych rolach i zagrodach w później­szych czasach przybywało systematycznie nowych gospodarstw drogą zakupów posiad­łości dworskich. We wsi było także około 10 chałupników, którzy nie posiadali żad­nego gruntu, tylko chałupę.

Po zniesieniu pańszczyzny we wsi by­ło 121 budynków, z czego do chłopów nale­żało 107. Pozostałe to budynki dworskie, 4 folwarki, 2 tartaki /dworski i plebańs­ki/, 3 leśniczówki i 4 karczmy. Jedna ka­rczma stała koło dworu, druga na Słomia­nym, trzecia na Pożarach /została zniesio­na podczas rozruchów antyżydowskich w ro­ku 1898/, czwarta na Majerzu. Obecnie nie ma już żadnej karczmy, a pod opieką Wła­dzy Ludowej założono we wsi piękną Klubo-

Kawiarnię, w której młodzież korzysta z telewizji, czytelni czasopism i prowadzi ludowy zespół muzyczny, a wszyscy obywatele Starej Wsi spotykają się tu na róż­nych zebraniach, słuchają wykładów i przy kawie odbywają sąsiedzkie pogwarki. Jed­nym słowem, powstało we wsi miejsce,   w którym każdy może kulturalnie spędzić wolną chwilę. Zamiast dalszych trzech karczem, które wychowywały pijaków, mamy obecnie w Starej Wsi trzy szkoły podstawowe: jedną na Roli, drugą na Woli, trze­cią na Golcowie.

Przed rokiem 1914 było już we wsi 321 domów łącznie z zabudowaniami dworskimi, z czego do chłopów należało 308. Obecnie Stara Wieś posiada 530 domów. W niektó­rych mieszka po dwóch gospodarzy. Wieś liczy obecnie 2866 mieszkańców, natomiast przed drugą wojną światową zamiesz­kiwało ją 3857 osób.

Domy stoją we wsi w pewnym rozproszeniu. Przylegają do nich pola uprawne, pastwiska i lasy, tworząc tym samym pewną całość gospodarczą.

Z chwilą odzyskania Ziem Zachodnich wiele osób wyjechało na nowe gospodarst­wa a swoje pola wydzierżawiło sąsiadom 1 krewnym. W latach 1960 było tu 37 gospo­darstw powyżej 30 morgów, 46 gospodarstw od 10 do 20 morgów. Resztę zaś stanowią gospodarstwa o rozmiarach od 1 do 10 morgów. Około 40 rodzin nie posiada żadnych gruntów.

Z surowców mineralnych występuje tu­taj glina zdatna do wyrobu cegieł, oraz doskonały kamień budowlany /użyto go np. przy budowie kościoła w Limanowej/. Grun­ty są żwirowate, łąki przeważnie podmok­łe. Łąki suche bardzo często zamieniają chłopi na pola uprawne, co nie jest zgo­dne z racjonalną gospodarką w terenach górskich. Nazywają taką zamianę użytkowania pola "wyrabianiem".

W drugiej połowie XIX wieku rozpoczę­ła się emigracja do Ameryki. Pierwszy wyjechał tam w roku 1880 Jan Szewczyk, któ­ry po powrocie za zarobione pieniądze kupił z obszaru dworskiego 8 ha ziemi.

Ponieważ gazety pisały o różnych trudnościach i niebezpieczeństwach na które narażeni są emigranci /burze, choroby, zatonięcia statku/, wstrzymywało to wie­lu chętnych od decyzji wyjazdu. Niezale­żnie od tego ówczesny starosta limanows­ki, Wołoszyński, utrudniał emigrację do Ameryki, a wymykających się emigrantów zatrzymywała żandarmeria austriacka i odstawiała do miejsca zamieszkania. Mimo tych trudności odważniejsi opuszczali wieś i wyjeżdżali. Znacznie wcześniej emigrowali do Ameryki chłopi z Mordarki, ze Sowlin, a nawet i ze Słopnic. Pomału przywykli do wyjazdów i mieszkańcy Sta­rej Wsi. np. w roku 1902 wyjechało już ze samej Starej Wsi do USA 51  osób. Wed­ług zapisków mojego ojca, emigranci przy­słali w tym roku swoim rodzinom łącznie 100000 koron austriackich. Na owe czasy była to suma pokaźna i wpłynęła walnie na poprawę bytu mieszkańców Starej Wsi. Przed wybuchem I wojny światowej przeby­wało już w USA 253 mężczyzn i 57 kobiet ze Starej Wsi. Niektórzy założyli sobie tam rodziny i pozostali.

Pod koniec XIX w. zaczęły docierać do naszej wsi pisma ludowe: "Wieniec, "Pszczółka", "Przyjaciel Ludu", "Ojczyzna" i "Prawda", oraz organ Towarzystwa Kołek Rolniczych - "Przewodnik Kółek Rolniczych".

 

Tradycje pańszczyźniane oraz praca we dworach w okresie

Pouwłaszczeniowym. W naszej wsi w czasie pańszczyzny i po uwłaszczeniu było 21 ról i 16 zagród. Rolami były: Żródłówka, Tokarzówka, Ciemnówka, Sukiennikówka, Krajakowka, Plejtkówka, Sajdakówka na Roli, Na Gaiku, Pałkówka, Dąbekówka, Bulandówka, Bogaczówka /Łąka/, Dzlelec, Skórzepówka, Biedroniówka na Woli, Łyszczarzówka, Biedroniówka albo Chmielerzówka, Sajdakówka, Bledroniówka, Marciszówka, Postrożnikówka na Woli. Z wymienionych ról trzy zostały całkowicie pochłonięte przez dwór.

Zagrodami były: Rusinówka, Dutkówka, Bugajscówka, Kamerdynówka, Tałońka,   Na Golcowie, Postrożnówka, Zoniówka, Wojtasówka, Podgómiówka, Włudykówka, Pałkówka czyli Gawronówka, Dębokówka, Janikówka na Brzegu, Porębówka na Woli i Kitówka.

Każda rola liczyła najmniej 60 mor­gów. Największa rola, obejmująca 90 mor­gów, znajdowała się na tzw. Bogaczówce. W skład jej wchodziły przeważnie łąki. Zagrody obejmowały po 30 do 6o morgów. Właścicieli ról nazywano kmieciami. W cza­sach austriackich kmiecie byli zobowiąza­ni w czasach pańszczyźnianych wyjeżdżać w pole 3 razy w tygodniu do robót sprzężajnych Jedną parą koni i jedną parą wo­łów. Zagrodnicy natomiast odrabiali pań­szczyznę 3 razy w tygodniu ale jedną pa­rą sprzężaju obojętnie czy końmi czy wo­łami. Kmiecie musieli trzymać liczną słu­żbę, przeważnie zaś: parobka, dwu poga­niaczy, jednego pastucha i dziewkę do po­mocy gospodyni. Zagrodnicy trzymali: jed­nego parobka, dziewuchę i pasterza.

Robota trwała od wschodu do zachodu słońca z przerwą obiadową. Do pracy na pańskim musieli chłopi zabierać własną paszę dla bydła oraz własny pług i brony jak również i własną żywność dla ludzi.

Pługi były drewniane, od spodu podbite blachą. Orka takim pługiem była nie­zmiernie ciężka i powierzchowna.   Tylko górna warstwa gleby bywała przeorana, nic więc dziwnego, że urodzaje były marne 1 jak mówiono przy zbiorach jedynie "brat brata przyniósł". Bydło z powodu uciążli­wej pracy i marnego żywienia zużywało się w krótkim czasie. Starzy ludzie twierdzi­li, że woły mogły wytrzymać najdłużej dwa lata, a konie trochę dłużej.

Opowiadali też starzy ludzie, że we dworze w Starej Wsi żył okrutny pan, Ste­fan Stobnicki. Pochodził z Królestwa Pol­skiego. Był oficerem w powstaniu 1831 roku. Żoną jego była wdowa Paszycowa. Opo­wiadano, że gdy na polu zobaczył konie czy woły, nie mogące uciągnąć pługa, lub włóczyć bron, wtedy bił pracujących chłopów i bydło. Do Stobnickiego należał rów­nież folwark na "Leśniówce", graniczący ze Słopnicami Szlacheckimi, Zdarzyło się raz, że od strony Słopnic na pole nale­żące do folwarku weszły woły, stanowiące własność pewnego górala ze Słopnic. Woły te zostały odprowadzone do dworu w Sta­rej Wsi. Właściciel zgłosił się we dwo­rze po ich odbiór, chcąc równocześnie wy­nagrodzić szkodę jaką wyrządziły na polu, ale dziedzic nie dał mu dojść do słowa i wołów nie oddał. Pokrzywdzony chłop po­przysiągł zemstę i pewnej nocy podpalił folwarczne budynki zarówno mieszkalne jak i gospodarcze. Sprawcy podpalenia nikt nie wyśledził, a dziedzic podejrzewając

0 ten czyn swoich poddanych, zaczął się na nich mścić. Rozkazał chłopom z Leśniówki odrabiać pańszczyznę w swoim fol­warku w Sowlinach, a chłopom z Sowlin w folwarku Leśniówka. W ten sposób spadł na nich dodatkowy ciężar odbywania bez­użytecznej 10-cio km drogi. Również i w zimie musieli dowozić drzewo do dworskie­go browaru i gorzelni z przeciwległych lasów, a więc chłopi ze Sowlin jeździli do lasów starowiejskich, a poddani ze Starej Wsi do lasów w Sowlinach.

Stobnicki był wyjątkowym brutalem, co odczuło nawet i jego otoczenie szlacheckie. Józef Mars, następca Stobnickiego, wspomina w swoich pamiętnikach, że pewne­go razu Stobnicki urządził zabawę w swo­im starowiejskim dworze, na którą zapro­sił między innymi dziedzica z Mordarki - Wielogłowskiego. Ten w żartach coś mu przygadał, czem go tak obraził, że Stob­nicki ze swoimi hajdukami urządził najazd na dwór w Mordarce, gdzie tak zbił 80-letniego już Wielogłowskiego, że ten zakończył życie. Rodzina zmarłego za­przysięgła brutalowi zemstę, a w obawie przed nią Stobnicki wyjechał do Krakowa i więcej już nie wrócił. Dobra jego nabyli do spółki Józef Mars i jego szwagier Jan Borowski. Stało się to już po uwłaszczeniu, ale nowy nabywca nie oka­zał się wiele lepszym od swego poprzed­nika. Aktualna była wtedy sprawa wykupu serwitutów chłopskich w lasach dworskich. Chłopi żądali za nie 120 morgów lasu, lecz Mars dawał tylko 60. Rozpoczął się proces, który chłopi przegrali i w dro­dze dobrowolnej ugody dał im Mars zaled­wie 51•5 morgów wyrębów. Chłopi ze Sta­rej Wsi długie lata uskarżali się na swo­ich pełnomocników w tym procesie, zarzu­cając im przekupstwo. Nazywali ich "płonyrai płotami".

Dziedzic Mars prowadził hulaszczy i rozrzutny tryb życia, ale pracowników dworskich wyzyskiwał do ostateczności i traktował jak bydło robocze. Praca czeladzi we dworze była ciężka a wyżywienie wręcz okropne. Widywałem za moich młodych lat we dworze starowiejskim chleb, który był upieczony z najgorszych pośładów, z tzw. "odjemku". W południe po­dawano robotnikom obiad nie w miskach, czy na talerzach, lecz w cebrzykach drew­nianych. Z jednego cebrzyka jadły cztery osoby. Opowiadano mi, że pewnego razu do dworu przyszedł w odwiedziny właściciel dóbr w Laskowej - Żochowski. Przypadkiem wszedł do kuchni i zauważył, że służba i robotnicy jedzą z drewnianych cebrzy­ków. Oburzył się na to i zaraz zwrócił uwagę kucharce, że nie można traktować ludzi na równi ze świniami, bo tylko świniom daje się jedzenia w cebrzykach. Kucharka tłumaczyła się tym, że talerz czy miska może się rozbić a cebrzyk nie. Żochowski odpowiedział Jej, że na pewno pan Mars nie zubożeje, jeżeli jakaś mis­ka czy talerz się zbije. Zrobił przy tym uwagę, że słusznie skarżą się chłopi na łamach gazet, że panowie dworscy trak­tują ludzi jak bydło. Gdy kucharka do­niosła to Marsowi, we dworze zaprzesta­no podawać robotnikom jedzenie w cebrzy­kach, gdyż widać uwagi Żochowskiego zaw­stydziły pana Marsa. Dotąd żyją jeszcze staruszkowie, którzy opowiadają, jak trak­towano we dworze czeladź i odrobników.

W naszej wsi wielu gospodarzy od wio­sny do żniw pasało bydło w lasach dwor­skich, za co odrabiali właścicielowi dworu, Zygmuntowi Marsowi po 5 dni w czasie żniw. Do pracy wychodzili wtedy o 4 - ej rano. Kobiety żęły żyto i psze­nicę sierpem, gdyż kosa nie była w tych czasach do tego celu używana. Koszenie zboża chlebowego uważano wtedy za wielki grzech. Na każdym zagonie pracowały dwie osoby. Zagony były szerokie i długie. W ciągu dnia dwie osoby zżęły   przeważnie dwa takie zagony.

Uciążliwa była również odróbka u leśniczego, który jak biblijny włodarz nies­prawiedliwy dorabiał się kosztem pana i chłopów. Nie podawał mianowicie we dwo­rze pełnej ilości bydła chłopskiego wypasającego się w lasach dworskich, a za to chłopi musieli mu obrabiać 20 morgów pola, które wydzierżawił od dworu. W cza­sie robót polnych siadał sobie na trójnożnym stołku i obserwował pracujących. Gdy ktoś na chwilę wyprostował się, by nieco odpocząć, leśniczy natychmiast wo­łał do niego: "co tam widzisz, wronę czy srokę?". Leśniczy tan był prawdziwym ka­tem dla ludzi. Żył długo, ale życie jego było na starość marne. Musiał sprzedać bydło i ubiory i chodził po domach obdar­ty i głodny żebrząc o strawę. Chłopi wy­pominali mu wtedy wszystkie krzywdy, ja­kie im wyrządził.

 

Rośliny uprawne i technika uprawy roli

Od dawna uprawiano w Starej Wsi   nie tylko zboża jare, jak owies, jęczmień i orkisz, ale i ozime, jak pszenicę i ży­to. Siewano też gdzieniegdzie i jare od­miany żyta i pszenicy, a ozime jęczmie­nia, który bardzo wcześnie dojrzewał   i dostarczał wczesnego wsparcia na przed­nówku. Z okopowych uprawiano ziemniaki 1 kapustę, ze strączkowych groch, bób i fasolę. Z roślin oleistych uprawiano len i konopie, częściowo dla uzyskania ole­ju, ale jeszcze bardziej ze względu   na włókno, potrzebne do wyrobu odzieży. Z roślin pastewnych uprawiano i nadal upra­wia się koniczynę, buraki pastewne /prze­ważnie odmiany mamut i eckandorf/. Upra­wiano też karpiele i rzepę, które daw­niej były ważnym pożywieniem dla ludzi. Od dawna uprawia się też marchew jadal­ną i pastewną oraz buraki ćwikłowe. Z roś­lin nawozowych, których dawniej nie upra­wiano, sieje się obecnie łubin, wykęci groch pastewny. Siejby tych roślin doko­nuje się po sprzęcie żyta i zaorywuje przed zimą, lub kosi późną jesienią na paszę dla bydła. W ogródkach kwiatowych uprawia się na małą skalę ogórki, pomi­dory, sałatę, kalafiory itp. Rośliny pas­tewne i okopowe były dawniej uprawiane na mniejszą skalę, gdyż nie umiano ich pielęgnować i wskutek tego dawały nikłe plony. Dzisiaj uprawia się je w większej ilości ale daje się dużo nawozów i sto­suje odpowiednią obróbkę pielęgnacyjną, wzruszając ziemię i niszcząc chwasty przez częste "motyczenie". Troskliwiej uprawia się też jarzyny, stosując płodozmian, oraz zwracając uwagę nie tylko na gatu­nek, ale i na odmianę i jakość odmiany uprawianej rośliny.

Pomidory, kalafiory i sałatę wprowa­dzono dopiero za moich czasów. Rośliny te są jednak przez ludność wiejską mało uprawiane. W okresie międzywojennym próbowano wprowadzić uprawę soi i czumizy, lecz uprawy te nie przyjęły się. Nie po­wiodły się też próby wprowadzenia nowych odmian żyta i pszenicy, gdyż trafiano na odmiany niezaaklimatyzowane w trudnych górskich warunkach. Zasiewy zbóż kwalifikowanych, które może na nizinach dały­by wspaniałe plony, w naszych surowych warunkach klimatycznych przepadały, względ nie wyradzały się bardzo szybko. Dlatego też chłopi dość uparcie trzymają się sta­rych odmian żyta i pszenicy, które przez wiekową uprawę zahartowały się i znoszą zmienne warunki kapryśnego górskiego kli­matu. Nie znam fachowych nazw tych odmian a miejscowi ludzie też nie używają nazw fachowych, ale mówią po prostu "ży­to starodawne", czy "starodawna pszeni­ca".

Gdy zajmuje się pod uprawę jakieś nowizny, pastwiska czy zarośla i zamienia się je na pola orne, najczęściej posłu­guje się przy tym dużą motyką tzw."karczówką", lub kilofem. Narzędzia te naj­lepiej nadawały się do karczowania pni drzewnych, wycinania korzeni, w wykopywaniach kamieni oraz po zaoraniu pastwis­ka czy łąki do rozdrabniania darni. Na nowinach siano owies, sadzono kartofle, lub też siano proso, które w takich sta­nowiskach nie zarastało.

Drzewa owocowe w Starej Wsi sadzono od dawna. W dawnych czasach najwięcej było śliw, ale już przed II wojną światową za­częto prawidłowo zakładać sady w ziemi ornej. Między drzewami uprawiano zboża lub jarzyny. Ziemię spulchnia się przez płytką podorywkę następnie czyści brona­mi i wzrusza kultywatorem, zaś drzewa owocowe okopuje się motyką. Następnie przeorywuje się obornik a nadto polewa się czasem rolę gnojówką ze zbiornika. Przy uprawie jarzyn stosowano nawóz koński. Pola zaorywano płytko, aby nawóz szyb­ciej się rozkładał. Przy uprawie cebuli i czosnku nawożono pole już w jesieni, a na wiosnę uzupełniano czasem nawożenie popiołem drzewnym i często motyczono zie­mię, by nie dopuścić do wzrostu chwas­tów.

Pod ziemniaki przyorywują nawóz pod skibę. Obecnie robią dość szerokie zago­ny, bo nawet od 30 do 40 skib i zagony takie nazywają "składami". Obecnie stosują niektórzy walcowanie pola po zasiewie ale tylko w niższych i równiejszych częściach wsi.

Pod działaniem służby agronomicznej rozwija się obecnie wymiana zbóż na od­miany kwalifikowane, jak również wymia­na sadzeniaków ziemniaczanych na odmia­ny rakoodporne. Lepsza jest też troska o obornik. Jest on lepiej przygotowywa­ny i lepiej przechowywany. Jako ściółkę pod bydło stosuje się przeważnie słomę, a gdy braknie jej na miejscu, to rolni­cy sprowadzają ją całymi wagonami, gdyż stać ich teraz na to i rozumieją, co zna­czy dobry obornik. Dawniej na ściółkę używali liści drzew i igliwia wygrabione­go w lesie.

Na łąki i pastwiska wywożą w Starej Wsi jesienią obornik, albo zlewają je gnojówką. Obecnie zakładają również komposty, które wykorzystują przy uprawie jarzyn. W uprawie ogrodowej wykorzystuje się również nawóz ptasi. Najwięcej nawo­zu zużywają rolnicy na wiosnę.

Groch sadzą między ziemniakami jako międzyplon. Fasolę sadzi się natomiast w drugim roku po nawożeniu.

W lipcu po zbiorze owsa wysianego na paszę dla bydła na owsisku sadzono karpiele. Jest to stosowane do dziś. Obecnie pole pod karpiele, zwane też brukwią, zao­rywano, spulchniano kultywatorem i bro­nami. Po zabronowaniu, co u nas nazywają "zawleczeniem" wywozi się obornik i wysa­dza przygotowaną wcześniej na oddzielnej grządce rozsadę brukwi. Sadzonki wkłada się do ziemi przy pomocy kołka, którym wygniata się zagłębienie na pomieszczenie korzonków roślinki i następnie osypu­je się je ziemią, którą się trochę kołkiem przygniata, żeby woda lepiej podsiąkała do korzonków. Niektórzy rozsadzają też w ten sposób i buraki pastewne, któ­rych sadzonki uzyskują z przerywki bura­ków wysianych wcześniej z nasion. Daje to jednak znacznie gorsze wyniki i najlepiej jest wysiewać je bezpośrednio z nasion na dobrze uprawionym polu. Opłaca się też pogłówna uprawa nawozami sztucznymi.

Ze względu na głód ziemi nikt w Starej Wsi gruntów nie ugoruje ani nie koszaru­je.

Lnu i konopi uprawiano dawniej dość dużo. Część nasienia pozostawiano do siewu, resztę zaś po "otłuczeniu" zawożono do olejarni do Słopnic czy też do Jurko­wa koło Dobrej. Olejem okraszano potrawy w czasie postów. Ponieważ włókno lnu mia­ło wielkie znaczenie, jako surowiec do wytwarzania odzieży, bardzo dbano o jego pielęgnację i dlatego dobrze się wówczas udawał. Gdy dojrzewał zbierano go, wyry­wając wraz z korzeniami i rozścielano na łąkach, aby się "rosił". Po wyroszeniu i ususzeniu gospodynie międliły i tarły len i konopie na cierlicach. Resztę paździerzy i drobnych włókien wyczesywano na specjalnej szczeci, a następnie przędzieno osobno włókna cienkie, a osobno kłaki. Przędziono kądziele na wrzecionach ręcz­nych, lub na tzw. "wózkach". Przytej pracy kobiety pomagały sobie wzajemnie.

Owies siali dawniej na tym samym po­lu kilka lat z rzędu i mimo to uzyskiwa­no dość dobry plon. Po zebraniu plonów dawniej nie podorywano ściernisk. Służy­ły one do późnej jesieni jako pastwiska dla bydła i gęsi. Wypasano na ściernis­kach bydło codziennie bez względu na po­godę. Bydło tak ubijało ziemię, że była ona twarda jak na gościńcu.

Na wiosnę orano ziemię pługiem pod uprawę ziemniaków. Po ukończeniu orki rozbijano skiby motykami, gdyż dawniej nie znano kultywatorów. Po skopaniu skib bro­nowano pole i wyciągano perz, którego jednak dużo pozostawało w ziemi. Na tak wyrównaną ziemię roztrząsano wywieziony obornik  i przyorywano. Następnie kopano rzędy tzw. "przekopywania" i sadzono w nie ziemniaki, przygrzobując je motyką lub kołkiem. Ziemniaki do sadzenia okra­wano. Wschodzące ziemniaki zarastały roz­maitymi chwastami i zielskiem, zwłaszcza gdy trwała dłuższy czas słota. Niszczenie chwastów i pierwsze ruszanie ziemi wokół wschodzących ziemniaków nazywano "łazowaniem". Była to wstępna praca do tzw. "okopywania". Okopywanie polegało na obsypaniu ziemniaka z dwu stron dość wysoko ziemią, wskutek czego tworzono tzw. "rządki", czyli wysokie grządki, w których rzędem rosły ziemniaki. Niektó­rzy gospodarze wywozili obornik pod zie­mniaki wprost na ściernisko lub na koni­czynę. W takich wypadkach ziemniaki nie obradzały. W dawnych czasach nieoświeceni rolnicy nie mieli pojęcia o biologii i potrzebach oraz właściwościach poszczególnych roślin, wskutek czego skazani byli nieraz na wykonywanie w dobrej wie­rze iście syzyfowych prac. Tak np. mozo­lili się nad oczyszczeniem gleby z perzu, a następnie podsuszali ten perz i ścieli­li pod bydło, a następnie z obornikiem wywozili w pole, przy czym nie zdawali sobie sprawy, że bardzo dużo oczek perzu zachowywało zdolności do rozwoju i taki uprawiony gnojówką perz jeszcze szybciej mnożył się i zarastał pole z powrotem.

Drugim przykładem syzyfowych prac może być praca przy gromadzeniu nawozów. Wyni­kała ona również z braku najelementarniejszych wiadomości z chemii organicz­nej, które to wiadomości dopiero dziś poznają rolnicy na kursach z tzw. agrominimum. Dawniej zaś rolnicy mozolili się i krwawo trudzili nad zwożeniem i znosze­niem ściółki do gnoju, a gdy już wyrzucili ze stajni obornik nie dbali o ubi­cie go w pryzmę, lecz pozwalali na to, że rozgrzebywały go kury, świnie, a z roz­proszonego obornika ulatniały się najcenniejsze składniki, najbardziej pot­rzebne dla wzrostu roślin. Nie dbano też o zabezpieczenie gnojówki, która ścieka­ła nieraz popod stajnię na pole i tu by­ła spłukiwana przez deszcze do rowów i potoków.

Obecnie uświadomienie rolników i po­ziom wiedzy fachowej znacznie się pod­niosły. Nie tylko lepiej wykorzystuje się nawozy, ale także stosuje się che­miczne środki do walki ze szkodnikami uprawianych roślin. Tak np. zupełnie inaczej przedstawia się dziś pielęgnacja sadów. Drzewa owocowe spryskuje się na wiosnę środkami grzybobójczymi, a w ma­ju owadobójczymi, środki chemiczne sto­suje się również i w jesieni. Porosty zdziera się z kory drzew skrobaczką lub żelazną szczotką zaś pnie bieli się wap­nem. Młode jabłonie chroni się przed za­jącami obwiązując je słomą, lub smarując starym sadłem, terem, a niekiedy parafi­ną. Chwasty wyrwane z ziemi rzadko kto daje już teraz na ściółkę pod bydło, lecz składa się je na kompost, który dostar­cza nawozu na łąki i pastwiska.

 

Narzędzia rolnicze

Jeszcze długi czas po zniesieniu pańszczyzny były w użyciu w Starej Wsi płu­gi drewniane z drewnianą odwalnicą. Płu­gi o żelaznych odkładnicach zaczęły się tu pojawiać około roku 1870. Chłopi stronili przez pewien czas od nich traktując je jako "wymysł diabelski". Rychło jed­nak spostrzegli, że nowy pług jest prak­tyczniejszy i mniej męczy bydło i ludzi. Prócz pługa stosowano wtedy do spulchnia­nia ziemi także radło, które składało się z 5-ciu pogłębiaczy. Używano je przy uprawie ziemniaków, do przerywania   skib, gdy rola była już zaorana.

Żelazne pługi zakupywano przeważnie u Michała Plezl w Turce oraz u PrHhlicha w Starym Sączu. Ponadto około 19oo roku na­uczyli się wykonywać ulepszone pługi tak­że i miejscowi kowale jak np.: Jan Odzio­mek i Józef Janczyn w Mordarce, a w Sta­rej Wsi Józef Pałka i jego syn Jan, oraz kowal dworski Sebastian Karcz.

Kultywatory weszły w skład inwentarza chłopskiego dopiero w okresie międzywo­jennym. Wcześniej stosowały je tylko dwory. Sprowadzano je z Prościejowa i Przeorowa na Morawach. Kultywatory szybko wy­parły radła i młodsi rolnicy już ich nawet nie pamiętają.

Pługi do oborywania ziemniaków częściowo sprowadzano, a częściowo wykonywali je również miejscowi kowale. Stosowano je w większych gospodarstwach, natomiast w mniejszych okopywano ziemniaki motykami, jak to dzieje się jeszcze i dziś.

Brony były dawniej całkiem drewniane. Później weszły w użycie brony z drewnia­nymi pobronkami, lecz wyposażone już w żelazne broniki. Obecnie zastępują je bro­ny żelazne.

Sierp był dawniej jedynym narzędziem, używanym do sprzętu zbóż. Później zaczę­to używać do żniw także i kosy, najpierw do sprzętu owsa, a później także i innych zbóż. Kosą posługują się mężczyźni, a sier­pami najwięcej pracowały kobiety.

Młocarnie zaczęły pojawiać się w Sta­rej Wsi dopiero około roku 1900. Sprowa­dzono je z Prościejowa i Przeorowa. Naj­pierw sprowadzano młocarnie napędzane si­łą ludzką przy pomocy kół zamachowych wprawianych w ruch korbami. Była to pra­ca ciężka i początkowo chłopi nie umieli jeszcze należycie normować tej pracy. Nad­mierny wysiłek przy młóceniu młocarnią ręczną powodował choroby, a nawet i śmierć. To zniechęcało innych i dlatego nie zaraz

znalazły maszyny uznanie. Maszyna zmusza­ła do wielkiego wysiłku, a wynajmujący chciał wykorzystać maszynę i pracowników i dlatego nie robiono przerw w pracy z wyjątkiem krótkich przerw na posiłki. Zda­rzały się czasem wypadki, że zmęczeni pra­cownicy celowo naciskali w jedną stronę na korbę, urywali ją od koła 1 nim kowal na­prawił uszkodzenie, mogli na chwilę odpo­cząć.

Przypominam sobie, że z początkiem października 1913 roku poszedłem młócić   do sąsiada. Młocamia młóciła bardzo ciężko, gdyż była nowa. 0 godzinie 20-ej zaprosił gospodarz wszystkich pracujących na kolację. Po kolacji oznajmił nam, że ma jesz­cze do omłócenia pół kopy jęczmienia. Gdy wykonaliśmy tę dodatkową pracę, skłonił nas do wymłócenia dalszej pół kopy. Powtarzało się to przez całą noc coś do go­dziny 6-ej rano i to bez dodatkowego posiłku. Tak więc "gorgolił" i mordował lu­dzi bez przerwy 23 godziny, ale co miał wymłócić przez 2 dni, skończył przez do­bę. Stracił jednak na tym, bo w nocy młó­cenie było niedokładne i wiele ziarna po­zostało w słomie. Opowiadano też później o nim we wsi jak to chciał ludzi przy młóceniu zboża zamęczyć. Na powyższym przykładzie widzimy, że nie tylko panowie dworscy, ale i niektórzy chłopi potrafili chłopów w pracy wykorzystywać. Podam tu jeszcze jeden przykład.

Pewien bogaty gospodarz, mieszkający w Limanowej tuż obok Starej Wsi, zakupił do spółki z moim ojcem młocarnie. Gospo­darz ten posiadał parę koni, którymi wo­ził mieszczanom limanowskim węgiel ze stacji kolejowej. Mój ojciec posiadał las, który był odległy o 12 km od wsi. Pewnego razu trzeba było zwieźć z tego lasu drze­wo. Pojechał tam ów gospodarz, a za to ojciec ze mną i moimi siostrami młóciliś­my mu na tej ręcznej młocarni przez parę dni. Młocka trwała od 8-ej rano do 11-ej w nocy z przerwą obiadową. Za ten czas po­trafiliśmy wymłócić 21 do 22 kóp wielkich snopów. Wydaje się to rzeczą niemożliwą, a jednak tak było w rzeczywistości. Do młocarni wkładaliśmy dużo zboża, co bar­dzo męczyło obracających korbą, zwłasz­cza że było nas tylko kilka osób, a tym samym nie mogliśmy się zmieniać. Po wymłóceniu każdej kopy zboża, zamiast od­począć, musieliśmy słomę wygarniać. Od tego czasu ludzie obcy nie chcieli pra­cować u niego i dlatego nie przystąpił do młocki, musiał kilka dni chodzić po okolicznych wsiach "za najemnikami. Ale i najemników zrażał sobie szybko.

Już przed I wojną światową zaczęli bo­gatsi chłopi sprowadzać kieraty, które by­ły poruszane siłą zwierząt i można było ich użyć nie tylko do młocki, ale i do mełcia zboża oraz rżnięcia sieczki. Młocarnie ręczne przystosowywano wtedy do kieratów.

Pamiętam, że gdy młocarnie weszły w u-życie, tego, który wkładał snopki ze zbo­żem do młocarni nazywano "maszynistą" i otaczano go wielką pieczołowitością i sza­cunkiem. W czasie posiłków sadzano go przy osobnym stole i podawano nu lepsze potra­wy, gdyż sądzono, że od niego zależy, czy młocka pójdzie dobrze czy źle. Gdy jednak więcej ludzi nauczyło się spełniać tę czynność i przekonano się, że to nic ta­kiego nadzwyczajnego, zwyczaj lepszego traktowania maszynisty zaniknął.

Oprócz młocarni zaczęli chłopi sprowadzać zespołowo za pośrednictwem Kółka Rolniczego tzw. triery, służące do czyszcze­nia zboża do siewu. Byli jednak i   tacy, zwłaszcza reprezentanci starszego pokole­nia, którzy przesiąknięci konserwatyzmem unikali nowoczesnych maszyn rolniczych.

Przed wybuchem II wojny światowej zaczęli chłopi w naszej wsi używać już słow­ników do wysiewu zboża, ale tylko na te­renach równych, natomiast na pochyłościach i rolach spadzistych do dnia dzisiejszego sieje się zboże ręcznie.

Od czasu II wojny światowej zaczęto stosować do napędu młocarni motory spali­nowe, a później elektryczne. Prywatni właś­ciciele młocarni motorowych żądają jesz­cze za użycie młocarni z motorem sześć dni odrobku. Jednak chłopi teraz nie chcą się godzić na taką transakcję, gdyż odrobek utrudnia im w poważnym stopniu ukończe­nie prac w ich własnym gospodarstwie. Chło­pi obliczają, że młocka motorem kalkulu­je się dość drogo. W ostatnich latach sprawy zaczęły układać się pomyślniej, gdyż Kółko Rolnicze ułatwia motoryzację 1 mechanizację pracy w rolnictwie, spro­wadzając najnowocześniejsze maszyny 1 wy­pożyczając je rolnikom na dogodnych warun­kach. Również i Państwowy Ośrodek Maszy­nowy, znajdujący się w dawnej siedzibie w starowiejskim dworze, który należy te­raz do Limanowej, znajduje się blisko i służy chłopom pomocą techniczną.

Przechowywanie maszyn rolniczych w cza­sie, gdy nie są używane do pracy przedsta­wia się różnie. Bogaci chłopi przechowują maszyny w wozowniach, lub w barakach na ten cel przeznaczonych. Mniej zamożni prze­chowują je w stodołach lub na tzw. boiskach czy też sąsiekach, gdzie zwykle stoi sieczkarnia, wialnia itp. Na okres   zimy części żelazne maszyn nacierają oliwą, by zabezpieczyć metal przed korozją.

W latach 60-tych obecnego stulecia pła­ca dzienna robotnika rolnego waha się mię­dzy 50 a 100 zł w zależności od ciężaru pracy oraz wieku i siły pracownika. Pracownikowi należy się przy tym całodzien­ny wikt, który podawany jest w 3-ech lub 4—ech posiłkach. Dzień roboczy obecnie jest ograniczony do 8-miu godzin na wzór dnia roboczego w instytucjach państwowych i spółdzielczych. Jeśli najemnicy pracu­ją dłużej, to otrzymują dodatkowe wynagrodzenie.

W obecnych czasach wskutek wyjazdu wielu luźnych ludzi na ziemie zachodnie i wschodnie jak również do kopalni i fabryk, na wsi trudno dzisiaj o najem robotnika i dlatego nawet większe gospodarstwa muszą zadowolić się pracą członków własnej rodziny.

Obecnie sprzęt zboża odbywa się przy pomocy kosy. Jedna osoba kosi, druga odbiera zżęte zboże, układa je na ziemi i natychmiast wiąże. Zbóż, przy których nie chodzi o wyrównaną słomę, nie odbiera się,

lecz kładzie bezpośrednio kosą na pokos. Żyto i pszenicę po związaniu ustawia się w "mendle" po 10 snopków. Największy sno­pek rozkłada się od środka na wszystkie strony i kładzie na wierzch mendla. Jest to tzw. "chochoł", który chroni snopki w czasie deszczu. Gdy jest pogoda, zdej­muje się chochoł, aby ziarno w kłosach i słoma lepiej wyschły.

Wysuszone zboża zwozi się do stodoły i układa snopy poziomo. W razie grożą­cego deszczu zwozi się czasem niedoschnięte snopy, by uchronić je przed zmok­nięciem, ale w takim wypadku ustawia się je koło ścian stojąco, aby przenikający przez szpary wiatr lepiej je wysuszył.

Jęczmień, orkisz i owies leżą na pokosach do dwu dni i potem dopiero, gdy podeschną, wiąże się je w snopy. Tylko w wypadku zbliżającej się słoty wiąże się te zboża natychmiast i ustawia w ko­py. Przy stawianiu kopy wbija się w zie­mię "łostwie" tj. rogale sporządzane z wierzchołków drzew z odpowiednio przycię­ tymi sękami. Gdy ma być ustawiona duża kopa, wbija się ich kilka /3 i więcej/1 układa się na nich snopki kłosami do gó­ry, zaś u samego wierzchołka kładzie się snopki kłosami w dół, by w razie deszczu szybciej spływała po nich woda. Kopę nakrywają nadto chochołem ze słomy żytniej. Chochoły takie przechowuje się z roku na rok.

Kłosy pozostałe na ściernisku zagra­bia się grabiami i wiąże powrósłami w wiązkę zwaną "oclepką".

Po wymłóceniu i wyczyszczeniu ziarna część najprzedniejszego zboża przezna­cza się na zasiew, resztę zaś na wyżymlenie rodziny. Gatunki pośledniejsze i tzw. "odjomki" zużywa się na karmę dla Inwentarza żywego.

 

Pożywienie

W drugiej połowie XVII wieku w naszej wsi odżywiano się bardzo marnie, chociaż jedzono wiele. Potrawy były przeważnie jałowe, a w posty wstrzymywano się nawet od jedzenia nabiału. Na śniadanie goto­wano tzw. "mieszankę", czyli "kaszę". Gos­podyni przygotowywała ją w ten sposób, że na wrzącą wodę sypała mąkę i mieszała ją rogalikiem, żeby mąka się nie skluszczyła. Gdy mieszanka ugotowała się, wówczas gospodyni wylewała ją na miskę, zalewała mlekiem. Wszyscy domownicy jedli z jednej miski drewnianymi łyżkami.

Do gotowania używano dawniej wyłącznie wody zaskórnej, którą czerpano z płytko wykopanych studzien, W dzień postny zamiast mleka do mieszanki dodawano rozgotowane śliwki, jabłka, gruszki /tzw."suszki"/, bądź też dolewano trochę oleju lnia­nego.

Na obiad gotowano ziemniaki niezbyt do­kładnie obrano z łupin. Dolewano do   nich mleka lub dodawano rozgotowane suszone śliwki. Na pierwsze danie przyrządzano kapustę, która po ugotowaniu stawała się prawie czarna, gdyż kiszono wtedy wszyst­kie zielone liście z kapusty, a także i z karpieli. Kapustę taką podawano z gro­chem, fasolą, ziemniakami, z krupami jęcz­miennymi lub orkiszowymi. Do sporządzenia krup służyła stępka, znajdująca się w każdym domu. Była ona wycięta w kształcie kielicha z grubego pnia drzewa. Stępor miała kamienny. Przed otłukiwaniem skraplano wsypane do stępy ziarno wodą. Otłuczone ziarno wysypywano na niecki i wy­wiewano łuski, które spadały na ziemię. Przyrządzoną w ten sposób "perłówkę" go­towano z grochem, fasolą, kapustą, bądź też samą.

W okresie wielkiego postu przygotowywano barszcz z otrąb pszennych lub owsianych. Gospodyni wsypywała je do garnka i zalewała wodą, gdzie kisły 3 do 4 dni. Po ukiszeniu odlewała gospodyni wodę i goto­wała ją z suszonymi grzybami, pozostałość dawała bydłu. Barszcz jedzono z ziemnia­kami lub chlebem. Okraszano go olejem lnianym. Oleju było wtedy we wsi dużo, gdyż wszyscy siali len. Olej sprzedawali też chłopi z Orawy, Spisza, z Lipzowa i Czadeckiego. Roznosili go w małych beczułkach. Sprzedawali też dziegieć i różne inne olejki, które używano jako lekarstwa. Olej sprzedawali po 2o centów za litr. Wo­leli jednak, gdy im kto dał zboża chle­bowego, lub poczęstował chlebem, Z ich opowiadań wynikało, że żyli w wielkiej biedzie, bo się u nich pszenica ani żyto nie rodzi. Dziegieć sprzedawali po 10 centów za litr. Służył jako lekarstwo dla ludzi i bydła.

Wypiekany we wsi chleb był ciemny i gorzki, gdyż zboże było bardzo zanieczyszczone kąkolem, stokłosa i innymi posladami. Ale nawet i takiego chleba częs­to brakowało. Karpiele, których wtedy sadzono dużo, gotowano lub pieczono na ogniu.

Bogatsi gospodarze zabijali świnie na święta Bożego Narodzenia na zapusty, lub na Wielkanoc. Wyrabiano wtedy kiełbasy, które wędzono, słoninę zaś pozostawiano nasoloną, w korycie, a po tam wieszano ko­ło pieca i osuszano. Słoniną tą maszczo­no przez cały rok kapustę, ziemniaki, pę­cak i inne kasze. Słonina była przechowy­wana w komorze, położonej obok kuchni, lub izdebki. W wielu wypadkach gospodarze spo­żywali słoninę w skrytości przed czeladzią, gdy ta była zajęta pracą.

Z różnymi świętami łączyły się wtedy liczne posty. Niektórzy gospodarze pilnie baczyli, aby czeladź pościła, choć   sami posty te omijali. Mówiono w naszej wsi, że czeladzi w czasie takich postów "chodzi­ły kiszki na procesję". W wielu jednak miejscach czeladź chwaliła sobie gospodarzy, podkreślając, że się z nią sprawiedliwie dzielą jedzeniem, a robotą zbyt nie gnębią. U takich gospodarzy przebywa­ła czeladź długo na jednym miejscu. Zaś u skąpców zmieniała się często, opuszczając służbę nawet w ciągu roku, nie mogąc wy­trzymać do końca roku. W takich wypadkach gospodarz uważał się za "pokrzywdzonego" i wzywał służbę do powrotu często za poś­rednictwem wójta. Wójt brał zazwyczaj w obronę silniejszego z krzywdą dla czela­dzi. Zdarzały się jednak wypadki, jeśli wójt był sprawiedliwym i rozumnym człowiekiem, że bronił on czeladź a strofował nieludzkich gospodarzy.

W dawnych czasach w naszej wsi, a także i w okolicy, nieurodzaj był powszechnym zjawiskiem. Ludność cierpiała głód. Głodował często i inwentarz. Za mnie już by­ło lepiej, ale opowiadali mi starsi   ode mnie, że po wykopaniu ziemniaków zagląda­no do piwnicy tylko przed większymi świę­tami, by przynieść trochę ziemniaków na uroczystszy obiad, a resztę przechowywa­li pilnie do sadzenia. Największy głód panował w latach po tzw. "rabacji".   Po zboże wyjeżdżano do Koszyc i Preszowa. Po­dróż trwała przeszło tydzień. Płacono na Węgrzech po 8 reńskich za korzec zboża. Parokonnym wozem można było przewieźć tyl­ko 5 korcy, gdyż wozy były słabe, a koła nie były kute. Korzec przywiezionego zbo­ża kosztował w Limanowej już 16 reńskich. Dobrze było, jeśli udało się zboża kupić i dowieźć. Nieraz jednak wracali ojcowie z pustymi wozami, rzucali na izbę pienią­dze i rozpaczliwie oznajmiali swoje   nie­powodzenie "Jedzcie dzieci pieniądze, bo zboża nie kupiłem". Wtedy rozlegał się   w chatach płacz dzieci. Głodująca ludność masowo chorowała i marła. Dożywiano   się rozmaitymi ziołami i trawami. Gotowano główki z koniczyny, lebiodę, zajęczą ka­pustę i wiele innych ziół.

Ozimego zboża wysiewano bardzo mało. Gdy zamożniejszy gospodarz zasiał korzec żyta, to po całej okolicy szedł "hyr", że gospodarz ten jest aż tak zamożny. Na ziemniaczyskach siano w jesieni pszenicę ozimą lub na wiosnę jęczmień, czy też orkisz. Z orkisza i jęczmienia sporządzano krupy.

Chleba spożywano bardzo mało. Tylko od wielkiego święta pokazywał się on na sto­le, a obok niego niekiedy i kołacz.

Nieraz zastanawiałem się, jak to mogło być, że na tej samej roli, na której dzisiaj gospodaruje kilku a nawet kilkunastu gospodarzy i wszyscy mają dziś pod dostatkiem chleba, dawniej przymierał głodem je­den czy dwu, trzech gospodarzy. Opowiada­li starzy, że dawniej klimat był ostrzej­szy, te zdarzało się często, że jedna zi­ma przeciągała się do maja i nie pozwoliła zasiać na czasie, a druga nadchodziła tak wcześnie, że zasypywała w polu i te nikłe plony, które zdołano mozolną pra­cą wypielęgnować. Bywały tak mokre lata, że dni bezdeszczowych w ciągu całego ro­ku nie uzbierało się ani za jeden miesiąc, a kiedy indziej susza wypalała nie tylko zboża na zagonach, ale i trawy na łąkach, wskutek czego nawet dla bydła brakowało paszy. Wiele opowiadano o wiel­kiej pracowitości dawnych ludzi, o ich wzajemnej pomocy sąsiedzkiej, o tym   jak do pracy wykorzystywali nawet pogodne i jasne noce, a mimo wszystko nie potrafi­li wyprodukować nawet tyle żywności, że­by przynajmniej nie musieli przymierać głodem. Wspomniałem już wyżej, że wiele prac rolnik ówczesny wykonywał źle i wa­dliwie, pracując jak ów legendarny Syzyf, a z pracy tej nic nie wychodziło, a cza­sem nawet wychodziły szkody i straty, cho­ciaż ludzie chcieli jak najlepiej. Dzia­ło się to przede wszystkim dlatego, że mieli bardzo małą wiedzę fachową, a nad­to obałamuceni byli różnymi przesądami, co toż narażało ich nieraz na straty. Np. kto chciał siać na pełni, to nie siał na "wietku", chociaż była pogoda, a gdy po­tem na pełni wypadł deszcz, guślarz spó­źnił się z robotą nieraz o cały miesiąc. Drugą przyczyną niskiej wydajności mozolnej i nieraz krwawej pracy dawnych rolników były prymitywne narzędzia rol­nicze. Dlatego też uważam, że wiedza ogólna i fachowa i nowoczesne udoskonalo­ne narzędzia pracy to zasadnicze dźwig­nie, na których podniosło się nasze rol­nictwo na wyższy szczebel gospodarowania.

 

Higiena i zdrowotność

Mówiąc o higienie w Starej Wsi w daw­nych czasach, z przykrością ale dla prawdy muszę przedstawić raczej brak tej hi­gieny i jego skutki. Brak ten wynikał nie tylko z biedy, ale czasem jeszcze więcej z ciemnoty i opartych o nią przesądów.

Dzieci chodziły tylko w koszulach i boso. W lecie można je było widzieć biegające wokoło domu zupełnie nago. Sypiały one obok siebie na dużym piecu do piecze­nia chleba, jaki posiadała w Starej Wsi każda chata. Pościel stanowiły stare wor­ki, zaś przykrycie różne stare łachmany. Ponieważ włosów nie strzyżono nawet chło­pakom, głowy dzieci wyglądały tak, jakby je przykrywała kudłata czapka barania. We włosach gnieździły się roje robactwa. Cia­ła dzieci były często pokryte krostami i owrzodzeniami, które na skutek ich   roz­drapywania przybierały postać krwawiących ran. Ran tych nie leczono, uważano bowiem że nie ma na nie skutecznego lekarstwa. Lekarzy unikano, gdyż im nie dowierzano. Dopiero gdy wieś zapoznała się z naftą, zaczęto smarować dzieciom zranione ciała i osiągano wcale dobre wyniki.

Starsi gospodarze, podobnie jak i kobiety, nosili długie włosy, których nigdy nie myli ani nie czesali. Wskutek tego wiły się na ich głowach kołtuny. Kołtunów nigdy nie obcinano, gdyż wierzono, że po takim zabiegu można rozchorować się na gościec. Z powodu nieczystości i nie­chlujstwa w obejściu domowym ludność czę­sto zapadała na choroby, które szerzyły się epidemicznie jak np. tyfus. Gdy we wsi zapanował tyfus, pito wówczas dużo wódki, motywując to tym, że wódka "odpę­dza" chorobę.

Za "dobrych" austriackich czasów nie używano w Starej Wsi mydła. Kobiety pra­ły bieliznę w ługu, który otrzymywały wsypując do wody popiół drzewny.

Nie mogąc sobie poradzić z wytępięniem wszy w odzieży, zwłaszcza w kożuchach, które były długie, z dużym kołnie­rzem spadającym na plecy, a od pasa w dół fałdziste, radzono sobie w ten sposób, że wynoszono je w pogodne dnie na duże mro­wisko, a mrówki tępiły wszy bardzo sku­tecznie.

Kobiety chodziły całą zimę boso, czy to do studni po wodę, czy też do stajni, lub chlewa. Boso wchodziły również   do zimnej wody piorąc płótno, Przy­zwyczajały się do tego i były zahartowane nie najgorzej, gdyż rzadko się przeziębiały.

Mężczyźni w porze zimowej młócili zbo­że rozebrawszy się do koszuli, mimo, że panowały mrozy. Będąc jednak w ruchu przy pracy nie przeziębiali się. Niektó­rzy bywali obdarzeni wyjątkową siłą fi­zyczną. Sam   pamiętam   takiego, który zmarł w 1910r. mając około 1oo lat. Na­zywał się Jan Piórek, a że był niskiego wzrostu, więc w Starej Wsi współmiesz­kańcy nazywali go Piorusiem. Miał   jed­nego konia i parę wołów. Zanim nie wybu­dowano jeszcze linii kolejowej Chabówka - Nowy Sącz, woził on drzewo do stacji w Nowym Sączu na wozie. W porze zimowej kładł na sanie drzewo własnymi   rękami bez pomocy drągów, a miał taką siłę i miarę w rękach, że o ile sam dał radę na­łożyć drzewo na sanie lub furę, to  mógł je wieźć swoim koniem i parą wołów. Jeśli drzewo było tak ciężkie, że sam nie mógł włożyć je na wóz, to wtedy donajmował ko­nia od sąsiada. Jednego razu wstąpił do karczmy we wsi Wysokie, aby się posilić. Zastał tam wielu ludzi. Między innymi był również pewien "urlopnik", wielki osiłek, który lubił chełpić się swoją siłą. Chciał urządzić zapasy z Florkiem. Początkowo Florek uchylał się od zapasów i wezwał obecnych na świadków, że on bójki nie za­czyna, lecz jest do zapasów zmuszony. Kiedy rozpoczęli zapasy Florek rzucił przeciwnika na ziemię jak snopek zboża, a ten nadwyrężył się i został kaleką do śmierci.

 

Pomieszczenia mieszkalne oraz gospodarcze

W XVII wieku w Starej Wsi domy były niemal wszystkie kurne. W takim domu dym wypełniał całą przestrzeń mieszkal­ną. Wychodził on na zewnątrz przez strych, na który wydostawał się przez otwór w po­wale. Otwór ten po skończeniu palenia za­mykano deską. W cieplejszych porach roku wypuszczano dym bezpośrednio przez drzwi. Ścian nikt nie bielił. Wylepiano je tyl­ko gliną. Od sadzy były czarne i posia­dały szklisty połysk. Belki ściany nie były ciosane. Ponieważ były bardzo grube do skontruowania ściany wystarczały trzy belki. Okna były małe i nigdy nie otwierane.

Piecem kuchennym była tzw, "nalepa", stojąca na 4—ch grubych, niskich słupach. Na wierzchu leżał szeroki, płaski kamień. zwano go "skrzyżał". Wylepiony był gliną, a nad nim wisiał na długim, grubym drucie miedziany kocioł. Na nalepie gotowano strawę, przy czym garnki gliniane stawia­no na trójnożnych dynarkach.

W zimowej porze nie wygasał ogień w kuchni przez cały dzień, gdyż w kotle gotowała się woda do zalewania sieczki.   W garnkach gotowano strawę dla ludzi i zwie­rząt.

Porznięte i porąbane drzewo opałowe układano w kuchni na tzw. "polonie",   tj. wbudowane pod powałą poziome żerdki, sta­nowiące jakby półki. Kuchnie były tak ob­szerne, że można było końmi lub wołami do nich zajechać,

W kuchni wraz z ludźmi znajdowało się bydło, szczególnie krowy i cielęta. Pod oknami przymocowana była drabina, za któ­rą umieszczano słomę lub siano dla bydła. W kuchni chowano również drób i króliki. Nic więc   dziwnego , że w takiej izbie pa­nował bardzo nieprzyjemny odór. Za kuch­nią było pomieszczenie służące jako sy­pialnia i pokój gościnny. Ubranie zawie­szano na poziomej żerdzi, wiszącej pod powałą.

Większe gospodarstwa miały stajnie zazwyczaj o wymiarach 10 x 10 m, przy czym odrębne stajnie były przeznaczone na wo­ły i konie oraz owce i barany. Chlewy dla świń były przybudowane do stajni.

Gospodarze małorolni posiadali skrom­ne budynki mieszkalne oraz gospodarskie. Chaty składały się zazwyczaj z kuchni, izby, sieni oraz stajni przytykającej do części mieszkalnej.

W gospodarstwach większych stały koło domów spichlerze na zboże, oraz komory, baraki i plewnie, służące do przechowywa­nia wymłóconego zboża oraz plew. Większe gospodarstwa posiadały też stodoły wraz z przybudówkami /do 20 m długie i 10 m szerokie/. Przy każdej stajni znajdowałsię niezabezpieczony zbiornik na gnojów­kę. Gnojówka rozlewała się z niego na sąsiednią łąkę, którą nazywano ogrodem, mimo że nie uprawiano na niej nic inne­go jak trawę.

Gospodarz stawiał budynki w środku swojego pola, aby mieć wszędzie łatwy dostęp. Dawniej używano do budowy wyłącznie drzewa, obecnie zaś stawia się bu­dynki z materiałów ogniotrwałych. Przy wznoszeniu nowych budynków zwraca się baczną uwagę na bliskość drogi, by mieć do niej własny dostęp.

Na strychach domów przechowuje się w tzw. "szafarniach" lub sąsiekach różne gatunki zboża.

Obecnie Stara Wieś buduje domy we­dług planów architektonicznych i upodab­nia się do miasta.

 

Źródła do mojej pracy

  • Archiwum parafialne w Limanowej.
  • Wiadomości od mojego ojca Jana Gawrona, ur. 1855r. w Starej Wsi, w której 23 lata był wójtem. Jego wiadomości sięga­ły czasów jego ojca, a mojego dziadka, Wawrzyńca Gawrona, ur. 1815r.
  • Wiadomości uzyskane od Jana Gawora, zwa­nego "Kamerdynem", ur.1829r., zm.1915r.
  • Wiadomości uzyskane od Michała Gawora, ur. 1840r. w Starej Wsi, zm. w 1915r.
  • Wiadomości uzyskane od Franciszka Pałki ur. 1830r. w Starej Wsi, 19"Rr.
  • Moje własne obserwacje i wiadomości od wielu innych starych, dawno zmarłych i współczesnych ludzi, z którymi się sty­kałem, a których nie mogę wszystkich wy­mienić, bo powstałaby z samych nazwisk duża książka pamiątkowa.

 

 

 

 

 

Ryc. 6 Wyposażenie izdebki - 1. Kufer, 2. Półka, 3. Stołek, 4. Skrzynia, 5.Maglownica, 6. Wałek do maglownicy

 

Ryc. 7. Wnętrze obory wraz z narzędziami

 

Ryc. 8 Stodoła u Gawronów /rys. W.Gawron/

 

Ryc. 9 Spichlerza u Gawronów /rys. W.Gawron/

 

 

Ryc. 10 Suszarnia do owoców /rys. W.Gawron/

 

Ryc. 11 Zamki do drzwi, 1.Klamka z dźwigiem do podnoszenia zapory. 2.To samo urządzenie od wewnątrz. 3.Drewniany zamek. 4. Drewniany klucz. /rys. W.Gawron/

 

Ryc. 12 . Sprzęty domowe. 1."Sąsiek z gontów. 2.Żarna w przekroju. 3.Żarna w całości.

 

Ryc. 13. Naczynia kuchenne i narzędzia do wypieku chleba. 1.Dynarek trójnoźny. 2.Solniczka. 3."Gorcek" gliniany. 4.Kociołek mosiężny. 5."Koziołek". 6.Warzecha. 7.Cedzak. 8. "Kozik". 9.Łyżnik. 10.Miska gliniana. 11."Gornek" gliniany. 12.Dzbanek gliniany. 13.Gliniana miska, 14. Niecki. 15.Dzleżka na ciasto. 16.Rogal do mieszania w garnku. 17. Przetak do siania mąki. 18."Ciosek" do wygarnywania popiołu i ognia z pieca pie­karskiego. 19.Miotełka do wymiatania pieca. 20. Łopata do chleba. /Rys. W.Gawron/

 

Ryc. 14. Sprzęty gospodarskie. 1. Skopiec. 2.Solniczka. 3.Miarka. 4.Miara zwana "ćwier­cią". 5.Konewka do wody. 6.Putnią do pojenia koni. 7. Szufelka do mąki. 8.Szufla do zboża. 9.Stępka do tłuczenia soli i przypraw kuchennych. 10.Stępa krup i siemienia lnianego. 11.Tłuczek do obijania główek lnu, ubijania sieczki i tłuczenia ziemniaków dla świń. 12.Maczuga lub "pałka"do uderzania w obuch siekiery przy rozbijaniu drzewa. 13.Cebrzyk na wodę i karmę dla bydła. 14.Wrzeciono. 15.Motowidło. 16.Przęśllca. /Rys. W.Gawron/.

 

 

 

 

 Ryc. 15. Sprzęty gospodarskie. 1.Kądziel. 2.Motowidło. 3.Przęślica. 4."Wózek" do przędzenia. 5.Motowidło z przędzą. 6.Wrzeciono. 7.Cierlica. 8.Garść lnu. 9.Kłaki lnu. 10.Szczeć. 11.Len na cierlicy. 12.Kijanka do obijania lnu i prania płótna. 13. Kobylica. /Rys. W.Gawron/.

 

Ryc.16. Narzędzia gospodarskie. 1. "Brusek" do ostrzenia. 2.Strugacz. 3.Osełka. 4. "Dziadek" do przytrzymywania struganego drzewa. 5.Obcęgi. 6."Babka" do klepania kos. 7.Piła. 8."Oskard" do kucia kamieni żarn. 9."Ośnik". 10.Dłuto. 11 - 12. świdry. 13. "Pugucz" do gontów. 14.Siekiera "rąbaczka". 15.Siekiera"cieślica". 16.Pałka do wbi­jania pali i szczypania drzewa. /Rys. W.Gawron/.

 

 

Ryc.18.Narzędzia do układania kop i kopy. 1."Ostrew". 2.Kopa siana. 3.Kopa siana pod­suszonego. 4.Kopa nakryta "chochołem. 5.Pal do wyrabiania dziur. 6.Pałka do wbijania pali. 7.Grabio. 8.Drewniane widły. 9 i 10. Rodzaje mendli: kopieniak i krzyżak.11.Ko­pa owsa. 
 /Rys. W.Gawron/.

 

 

Ryc.19. Sprzęty dziecięce. 1.Kołyska. 2.Wózek chłopięcy. 3.Fujarka. 4.Sikawka śmigusowa. 5•Jarmarczne koniki z brycz­ką. 6.Saneczki. /Rys.W.Gawron/.

 

 

 

Ryc. 20. Przedmioty związane z obrzę­dami dorocznymi. 1."Podłaźnica" ze "świa­tem". 2."świat". 3. Zawiniątko z owsem święconym. 4."Palma". 5.Gromnica. 6.świę­cone w Wielką Sobotę. 7. Huba święcona. /Rys. W.Gawron/.

 

 

Ryc. 21 Sobótka /Rys. W.Gawron/.

 

Ryc. 22 Drewniany szkielet do do­żynkowego wieńca. 2.Wieniec dożynkowy. 3.święcone "ziele". 4. Żniwiarze z wień­cem dożynkowym.   /Rys.W.Gawron/.